Ryszard Mozgol: Święty Stanisław — odwaga i honor Polski

Polski patriotyzm będzie czczym frazesem, o ile nie stanie za nim dojrzała i silna wiara katolicka; o ile ponad miłość do Ojczyzny nie będzie w nas silniejsza miłość do Chrystusa, czego uczy nas św. Stanisław ze Szczepanowa.


Możemy się tylko domyślać w oparciu o skromne zapiski źródłowe, jak wyglądał pierwszy sztandar drużyny królewskiej — sztandar św. Wojciecha. Był to sztandar, pod którym wojowie zdobywali warowne grody Pomorzan, gromili czeskie zastępy; proporzec, który towarzyszył dwóm Bolesławom w ich wyprawach na Kijów. Mało kto zdaje sobie sprawę, że czerwień, która zabarwiła od XIV wieku polski sztandar Piastów i Jagiellonów, która znalazła się na fladze narodowej Polaków, po raz pierwszy pojawiła się na piastowskiej chorągwi św. Stanisława.

Święty Stanisław ze Szczepanowa należy do polskich świętych otaczanych w dawnych wiekach nabożną czcią, ale też świadomie skazanych na zapomnienie przez liczne grono polskich propaństwowych, pronarodowych i propeerelowskich historyków. W latach walki o niepodległość, kiedy należało umacniać miłość do państwa, św. Stanisław stał się antypaństwowym zawalidrogą, dyskretnie krytykowanym jako jeden z członków antypaństwowego stronnictwa propapieskiego. Powiązani z wolnomularstwem historycy I połowy XIX wieku o poglądach demokratyczno-rewolucyjnych (A. Naruszewicz, T. Czacki, J. Lelewel) nie mieli oporów, aby ze świętego patrona uczynić zdrajcę sprawy narodowej.

W czasach II Rzeczypospolitej starano się znaleźć jakieś rozwiązanie kompromisowe, choć propaństwowi historycy z lubością sugerowali zdradę dokonaną przez św. Stanisława na rzecz procesarskiego, a więc proniemieckiego stronnictwa. W czasach powojennych koncepcja ta nie tylko nie została odrzucona, ale wzmocniona argumentami odwołującymi się do sądu królewskiego i kościelnego nad świętym, który miał przesądzać winę biskupa krakowskiego.

Historiografia katolicka okazała się bezbronna wobec argumentacji przeciwników, spychając hagiografię na pozycje obyczajowe (niemoralny, rozwiązły król), przemawiające do niższych warstw społecznych. Argumenty te okazały się wysoce niewystarczające. W ten sposób najważniejszy patron Królestwa Polskiego utracił swoją nadrzędną pozycję, a jego kult spadł do po­ziomu okazjonalnego, narodowego ozdobnika.

Bolesław jako przyczyna konfliktu

Wokół sporu króla Bolesława Śmiałego (Szczodrego) z biskupem krakowskim św. Stanisławem ze Szczepanowa narosło wiele mitów i uproszczeń, nieoddających ani prawdy historycznej, ani czci należnej osobie zaliczonej w poczet świętych Pańskich. Sytuacja ta powoduje niejednokrotnie lekceważący stosunek wielu Polaków do jednego z najważniejszych patronów Polski.

Święty Stanisław został mianowany na tron biskupi w Krakowie przez księcia Bolesława Śmiałego w 1072 roku. Pochodził z niewiele znaczącego małopolskiego rodu rycerskiego. Książę, obsadzając stanowisko, korzystał z prawa inwestytury przekazanej Bolesławowi Chrobremu „i jego następcom” w czasie koronacji królewskiej w Gnieźnie w roku 1000, dokonanej przez cesarza Ottona III[1]. Książę powierzył biskupstwo swemu rówieśnikowi (św. Stanisław urodził się ok. 1039 roku, jak wynika z badań jego czaszki, natomiast Bolesław w 1041 roku) i, jak możemy przypuszczać, człowiekowi zaufanemu. Uzyskanie godności biskupiej przez św. Stanisława zbiega się z objęciem tronu św. Piotra przez pochodzącego z nizin społecznych, niezwykle ambitnego i przebiegłego Hildebranda — Grzegorza VII[2]. Nowy biskup Rzymu, obwołany przez lud rzymski (!) papieżem, przy pominięciu dekretu o wyborze papieża z 1059 roku, był gorliwym zwolennikiem reformy Kościoła, choć specyficznie przez siebie pojmowanej (przy odrzuceniu koncepcji kluniackiej Piotra Damianiego) w duchu supremacji politycznej papiestwa nad cesarstwem.

Święty Stanisław był, zdaje się, zwolennikiem gregoriańskich reform, dających Kościołowi niezależność względem władzy świeckiej. Popierającemu polityczny wymiar działań Grzegorza VII Bolesławowi nie przeszkadzało to dopóki pozostawał księciem, dzielącym władzę z komesami i możnowładztwem duchownym. Sytuacja zmieniła się w roku 1076.

Koronacja królewska Bolesława Śmiałego, zrywająca z dotychczasową tradycją koronacyjną Piastów dzierżących berło z nadania cesarskiego, spowodowała zmianę sposobu podejmowania decyzji. Pomazaniec Boży, posiadający koronę z łaski Grzegorza VII, nie zamierzał kontynuować wcześniejszych praktyk politycznych. Sfera kościelna znalazła się pod całkowitą kontrolą króla. Paradoksalnie, najbardziej gorliwy i oddany sojusznik papieża w obozie gregoriańskim nie zamierzał wprowadzać papieskich norm wolności Kościoła wewnątrz własnego patrymonium. Bolesław jawi się nam w tym kontekście bliższym wzorców cesarskich aniżeli gregoriańskich. Wywołało to naturalnie konflikt z reformatorsko nastawioną częścią duchowieństwa, pragnącą odrodzenia Kościoła trapionego symonią, nepotyzmem i nikolaizmem.

Wbrew licznie rozpowszechnionym mitom historycznym koronacja z 1076 roku nie zwiastowała przyszłych triumfów króla, ale była zapowiedzią jego rychłego upadku, który ostatecznie dokonał się trzy lata później. Złożyło się na tę okoliczność kilka elementów: desperacja księcia Władysława Hermana, młodszego brata Bolesława, rezydującego na Mazowszu, a odsuniętego przez koronację od możliwości dziedziczenia państwa; utrata przez lokalne możnowładztwo wcześniejszej pozycji (dotyczyło to zwłaszcza pomorskiej i mazowieckiej elity politycznej); wzrastająca niechęć sojuszników węgierskich i ruskich, upatrujących w koronacji Bolesława niebezpieczne dla siebie wzmocnienie pozycji Polski. Czescy i niemieccy przeciwnicy Bolesława stanowili w tym kontekście najmniejsze zagrożenie, tym bardziej, że w tym okresie byli dostatecznie mocno pognębieni przez Grzegorza VII. Każdy niezadowolony z rządów Bolesława, bez względu na swoje zapatrywania polityczne, spoglądał w tym czasie z nadzieją na tradycyjnie sep­ratystyczne Mazowsze, w którym rezydował Władysław Herman.

Do przyczyn klęski, a na pewno i konfliktu ze św. Stanisławem, dodać należy cechy charakteru króla. Niejedno genialne działanie polityczne Bolesława Śmiałego zostało zaprzepaszczone jakimś jego słowem lub gestem. Średniowieczni kronikarze gęsto przetykają opowieści o bohaterskich czynach Bolesława wydarzeniami wskazującymi na jego niezrównoważony charakter, skory do niepohamowanego gniewu, szalonej pychy, a nawet bezmyślnego okrucieństwa.

Kilkumiesięczna kampania wojenna na Rusi w latach 1077-1078 została zaprzepaszczona jednym gestem, opisanym pod błędną datą przez Galla Anonima (1069 r.). Izjasław, polski sojusznik, domagał się publicznego spotkania z królem i pocałunku pokoju, który wzmocniłby jego autorytet wśród kijowskiego możnowładztwa — zamiast tego został w 1078 roku publicznie wytargany za brodę. Nie ma się więc co dziwić, że jeszcze w tym samym roku Izjasław został uderzeniem kopii w plecy zabity przez wewnętrznych wrogów w niejasnych okolicznościach w czasie bitwy na Niwie Nieżatynnej. Wieloletnia misterna polityka ruska legła w gruzach.

Podobnie sytuacja wyglądała na Węgrzech, które stanowiły najistotniejszy element pozycji międzynarodowej króla. Pomimo zwycięstwa nad procesarską opozycją pod Mozgyoród w 1074 roku, relacje z Gejzą, a później ze św. Władysławem Węgierskim, uległy stopniowemu rozluźnieniu, postrzeganemu przez Węgrów jako zrzucenie polskiej zależności. W takich to okolicznościach doszło w 1079 roku do konfliktu króla ze św. Stanisławem i upadku politycznego Bolesława, który musiał uchodzić na Węgry, gdzie nie był już wtedy jednak mile widziany.

Źródła pisane a śmierć św. Stanisława

Nie istnieją żadne podstawy źródłowe do traktowania św. Stanisława jako zdrajcy w dzisiejszym tego słowa znaczeniu[3]. Zarzut ten stanowi wymysł XIX-wiecznych historyków, łączących łaciński termin traditio ze sprzyjaniem przez św. Stanisława wrogom zewnętrznym na szkodę Polski. Pojęcie zdrady w praktyce prawnej monarchii patrymonialnej oznaczało każde działanie sprzeczne z wolą rządzącego.

Siepacze angielskiego króla Henryka II, atakując w katedrze w Canterbury św. Tomasza Becketa, zarąbali mieczami biskupa, wznosząc wcześniej okrzyki: „Gdzie ten zdrajca?!”. Święty biskup naraził się królowi obłożeniem klątwą kilku jego dostojników i krytyką decyzji królewskich dotyczących duchowieństwa, ale nie współpracował z wrogami Anglii. Przewiny św. Stanisława musiały być nie bardziej „poważne”.

Tradycja sądu, przed którym miał w Krakowie stanąć św. Stanisław, jest również nadinterpretacją lakonicznego sformułowania Galla Anonima, traktującego o „wymierzeniu kary”, oraz mało wiarygodnej papieskiej bulli Paschalisa II, mówiącej o „skazaniu” św. Stanisława, którą połączono z sądem sprawowanym przez arcybiskupa gnieźnieńskiego.

Po raz kolejny stajemy wobec ahistorycznej próby dopasowania średniowiecznych realiów prawnych do oczekiwań współczesnego człowieka, myślącego dzisiejszymi kategoriami: przedstawienie zarzutów, przewód sądowy, wymierzenie kary. Praktyka prawna monarchii patrymonialnej nie znała takiego podziału.

Władca ucieleśniający ład prawny mógł sądzić i karać jednocześnie, mógł również delegować swoje prerogatywy sądowe na innych, ale też karać bez sądu, o czym pisał prawnik Stanisław Borowski w latach 30. XX wieku. W przypadku św. Stanisława mamy do czynienia w istocie z wymierzeniem kary osobiście przez króla.

Sformułowaną hipotezę o procesie za zdradę miało uwiarygodniać skazanie Stanisława na karę przewidzianą dla zdrajców, czyli poćwiartowanie. Jest to nadinterpretacja terminu odnoszącego się do kary zadanej biskupowi krakowskiemu. Membrum oznaczało w istocie okaleczenie, czyli obcięcie członków (wyłupienie oczu, obcięcie nosa, uszu, rąk, nóg), a nie poćwiartowanie, które w Europie stosowano od XIII wieku, a na terenie Polski dopiero od XV wieku! Średniowieczne prawodawstwo dokładnie rozróżniało

te dwa rodzaje kary, o czym przekonująco pisał Henryk Grajewski. Warto zauważyć, że karą przewidzianą za zdradę było w Królestwie Polskim włóczenie końmi, na co skazano przywódców buntu wójta Alberta w 1311 roku.

Konflikt króla ze Stanisławem

Konflikt św. Stanisława z Bolesławem Śmiałym tkwił korzeniami w pogmatwanej sytuacji wewnętrznej państwa i ekspansywnej polityce ruskiej króla, jak opisywał to bp Wincenty Kadłubek. Niezwykle długa kampania ruska rycerstwa polskiego w 1077-1078, a może nawet 1079 roku (można przypuszczać, że trwała kilkanaście miesięcy, podczas kiedy zwykle kampanie trwały najwyżej kilka miesięcy) pociągnęła za sobą fatalne następstwa w kraju. Odżyły separatystyczne tendencje dzielnic plemiennych, uaktywniła się możno- władcza opozycja skupiona wokół księcia Władysława Hermana, do tego w niektórych częściach kraju miało dojść do niebezpiecznych zaburzeń społecznych.

Gall Anonim wspominał o „niewolnikach, którzy powstali na panów, wyzwoleńcach przeciw szlachetnie urodzonym”, którzy „żony ich pobrali sobie w sprośny sposób” Informacje o fermencie wewnętrznym dotarły do rycerzy przebywających na Rusi, którzy wobec bolesławowego braku zainteresowania losem kraju opuścili go, wracając do Polski. Król szalony z wściekłości (Kadłubek pisał o całkowitej odmianie charakteru Bolesława) po powrocie do kraju rozpoczął swoje surowe rozliczanie faktycznych i domniemanych zdrajców i winnych, tym bardziej, że okoliczności klęski jego polityki ruskiej wzmacniały żądzę zemsty.

W pierwszym rzędzie kara dotknęła dezerterów, winnych zdrady feudalnej władcy. Nie zaspokoiło to jednak żądzy krwi Bolesława, który, jak chcą kronikarze, posunął się do „skrytobójstw” oraz bestialskiego postępowania względem „niewiernych” kobiet, którym „mężowie przebaczyli” Jednak kielich goryczy przepełnił się wraz z okrutnym postępowaniem względem dzieci urodzonych w czasie wyprawy kijowskiej z nieprawego łoża. Rozkaz zabijania i porzucania potomstwa mógł odpowiadać enigmatycznemu sformułowaniu epitafium wawelskiego o dokonanej przez króla „bezbożności”.

Oddany dotychczas królowi biskup krakowski miał wystąpić w tych okolicznościach przeciwko Bolesławowi, rzucając nań klątwę za jego niemoralne i okrutne postępowanie. „Zawieszenie miecza klątwy” nad królem mogło rzeczywiście pociągnąć za sobą opuszczenie wzgórza wawelskiego i wycofanie się na umocnioną o niełatwo dostępną Skałkę. Dla Bolesława klątwa miała daleko idące konsekwencje polityczne, o czym król, pamiętający upokorzenie Henryka IV w Canossie, musiał pamiętać. Bolesław zapałał gniewem, a gniew ten przesłonił mu zdolność podejmowania właściwych decyzji. Postanowił działać natychmiast, karać surowo i bez litości.

Obrażenia czaszki św. Stanisława analizowane przez patologów w 1963 roku za pozwoleniem władz kościelnych jednoznacznie wskazują na rany zadane w tył głowy przy pomocy podłużnego, metalowego, tępego narzędzia. Uderzenie, zadane św. Stanisławowi w głowę przez króla (jak głosi tradycja) lub przez jego zbirów, było śmiertelne. Święty Stanisław oddał duszę Panu 11 kwietnia 1079 roku, stając się męczennikiem chrześcijaństwa. Król, którego gniew nie został zaspokojony, wydał rozkaz okaleczenia ciała biskupa, które mogło polegać na odrąbaniu rąk i nóg lub tylko okaleczeniu głowy.

Konsekwencje czynu Bolesława były drastyczne dla niego samego i jego najbliższych. Powszechny bunt społeczny, wspierany przez możnowładztwo i cały Kościół, zmusił króla do opuszczenia kraju. Bolesław z najbliższymi udał się na Węgry, w których witany przez swojego wiernego sojusznika św. Władysława Węgierskiego, dokonał kolejnego afrontu, skazującego go na życie poza dworem węgierskim w Budzie.

Sprawiedliwość św. Stanisława została nagrodzona wywyższeniem, zaś pycha doprowadziła Bolesława do upadku.

„Racja stanu” racją państwa Bożego

Przekaz źródłowy, zawarty w wawelskim epitafium świętego, datowany na czas przeniesienia ciała św. Stanisława ze Skałki na Wawel (przełom XII i XIII wieku), nazywa zabitego biskupa „błogosławionym Stanisławem”, wyrażając jednocześnie przekonanie, że spotkała go za jego życie wieczysta nagroda w niebie. Marian Plezia zwraca uwagę na brak odniesień do cudów wspominanych w Kronice Polskiej mistrza Wincentego Kadłubka. W epitafium nie ma wzmianki o cudownym zrośnięciu poćwiartowanego ciała. Wynika stąd wprost wniosek, że kult świętego rozpoczął się na długo przed staraniami Piastów o kanonizację Stanisława ze Szczepanowa[4].

Nie negując licznych i potwierdzonych przez Kościół cudów uzdrowienia dokonanych u grobu św. Stanisława na Wawelu za jego wstawiennictwem, wypada przyznać, że legenda o zrośnięciu się porąbanych na kawałki części ciała świętego była wyłącznie politycznym mitem, w jaki szczerze wierzyli ludzie w XII—XIII wieku. Otwierając grób biskupa na Skałce w celu przeniesienia zwłok na Wawel, natknięto się na zwłoki w całości — a trzeba nam pamiętać, że pozostawano wówczas w przeświadczeniu o rozczłonkowaniu całego ciała (nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy kończyny zostały odrąbane; dekapitację ze względu na użyte w źródłach sformułowanie możemy wykluczyć).

W ten sposób powstał mit, który został wykorzystany przez biskupa Wincentego Kadłubka nie tyle w celu kanonizacji św. Stanisława, co w celu zjednoczenia Królestwa Polskiego. Niestety, piękna legenda o zrośnięciu się porąbanych kawałków ciała świętego wspierała w XIX wieku argumentację o zdradzie politycznej biskupa krakowskiego. Historiografia katolicka, odwołując się do tego argumentu, sama składała broń przed koncepcją wrogów Kościoła.

Święty Stanisław ze Szczepanowa na pewno nie był wrogiem Polski. Wierząc szczerze w prawdy podawane przez tradycję katolicką, że patroni posiadają szczególną moc w wyjednaniu łask związanych z własnymi cnotami, powinniśmy paść na kolana przed relikwiami tego świętego, szczególnie pomocnego w dzisiejszych czasach. Ruchy antyaborcyjne powinny poważnie rozważyć ogłoszenie św. Stanisława – jako hierarchy występującego zdecydowanie przeciwko mordowaniu dzieci – patronem swej sprawy.

Jako patron Polski i narodu polskiego miał on odwagę sprzeciwienia się niemoralnej władzy. Nie poparł oszalałego z gniewu króla, nie szczędzącego nie tylko dezerterów, ale mordującego również niewinnych ludzi. Nie podpisał deklaracji lojalności wobec amoralnej władzy, nie liczył na profity wynikające z tego czynu, ani nie kalkulował, ile można by skorzystać na takim ustępstwie. „Racja stanu” tego świętego była racją stanu państwa Bożego św. Augustyna.

Polski patriotyzm będzie czczym frazesem, a zawołanie Polonia semper fidelis! hasłem bez pokrycia, o ile nie stanie za nimi dojrzała i silna wiara katolicka; o ile ponad miłość do Ojczyzny nie będzie w nas silniejsza miłość do Chrystusa, czego uczy nas św. Stanisław ze Szczepanowa.


[1] J. Mularczyk, Tradycja koronacji królewskich Bolesława I Chrobrego i Mieszka, Wrocław 1998. Brawurowa, choć niestety nieznana szerszemu gronu czytelników broszura naukowa wrocławskiego mediewisty, ukazująca nieznane oblicze i znaczenie zjazdu gnieźnieńskiego. Autor tego skromnego szkicu traktuje zawarte w tej pracy analizy nie jak podejrzane hipotezy, ale jako wysoce prawdopodobną wersję wydarzeń historycznych. Inne traktowanie pracy wrocławskiego naukowca byłoby uleganiem presji propagandy politycznej.

[2] Zob. wyczerpującą i pięknie napisaną pracę: E. W. Wies, Cesarz Henryk IV. Canossa i walka o panowanie nad światem, Warszawa 2000.

[3] Zainteresowanych czytelników odsyłam do wyczerpującego studium: M. Plezia, Dookoła sprawy św. Stanisława. Studium źródłoznawcze [w] „Analecta Cracoviensia” T. XI, R. 1979. Poniższy fragment pracy został napisany m.in. na podstawie dysertacji wybitnego mediewisty.

[4] Dociekliwego czytelnika odsyłam do ciągle aktualnej broszury naukowej przedwojennego profesora i pułkownika Wojska Polskiego M. W. Łodyńskiego: Uzależnienie Polski od papiestwa a kanonizacja św. Stanisława, Kraków 1995.

Źródło: Zawsze Wierni nr 2/2015 (177)

Podobne...

Dodaj komentarz

Top
error: