Patrick Le Brun: Jak tradycyjni katolicy odzyskują kulturę wizualną we Francji (cz. I)

Przez większość mojego życia kultura wizualna Francji nie podlegała dyskusji. Nie było tak jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie szopki bożonarodzeniowe dopiero od niedawno wypychane są z życia publicznego. Być może nie było wzajemnie akceptowanej granicy, ale przez dziesięciolecia istniała swego rodzaju linia kontrolna między tym wszystkim, co zakorzenione w naszej kulturze i tradycji, a wszelkimi śmieciami wypaczonej kultury. To jest granica, która biegnie przez wszystkie miasta i miasteczka Francji. Spory wokół tej linii kontrolnej, prowadzone przez małą elitarną klikę, rozgorzały w ciągu ostatniej dekady.


Każdej akcji odpowiada reakcja. W tym przypadku monarchistyczni tradycjonaliści katoliccy, grupa od pokoleń trwała, ale i marginalna, wyłoniła się z dynamizmem, którego nikt prócz nich samych nie mógł przewidzieć. Pomimo niektórych swoich niepopularnych poglądów (które teraz, w ich dyskursie, zniknęły w tle) zwyciężyli serca i umysły wielu Francuzów.

Pierwsza część artykułu obejmie tło tego sporu i opisze sieć, która pozwala atakować stronie naszych przeciwników. Druga część artykułu będzie analizą kampanii strategicznej Civitas trwającej już 3 lata – rekonkwisty terenu francuskiej kultury wizualnej.

Często spory dotyczące małych problemów dzielą nasz obóz. Mam nadzieję, że ten artykuł będzie moim małym wkładem we wzajemną życzliwość między katolikami i poganami w naszym środowisku. Prawda jest taka, że każdy z nas ma mocne i słabe strony, ale nasze atuty często wzajemnie się uzupełniają, i wierzę, że potrzebujemy siebie nawzajem, aby wygrać.

 Na Zachodzie bez zmian

Pod koniec ubiegłego wieku trudno byłoby uwierzyć, że Francja była tym samym krajem, który zrodził Duchampa i spółkę kilkadziesiąt lat wcześniej. Stara Lewica zawsze uważała, że ma władzę na wyciągnięcie ręki i nie ma czasu na to, co uważa za drobnostki.

Na przykład pierwszy w historii marsz dumy gejowskiej był kolumną w ramach pierwszomajowego marszu lewicy w 1971 roku. Przeciwko temu udziałowi był CGT (komunistyczny związek zawodowy), opisujący homoseksualizm jako „tradycję, która jest całkowicie obca klasie robotniczej„. Te parady gejów szybko podzieliły się na autonomiczne grupy i marsze. Nie miały one dzisiejszego ceremonialnego charakteru, posiadały całą nijakość typowego socjalistycznego marszu protestu tamtej epoki. Dopiero znacznie później mogliśmy zobaczyć „mężczyzn idących ulicami z piórami w tyłkach”, jak w swojej słynnej uwadze zauważył Jean-Marie Le Pen. W większości te wydarzenia miały miejsce w dzielnicach gejów i bohemy, wokół pomników świecko-republikańskich, a nie przed kościołami i katedrami.

Prezydent Mitterrand był pierwszym prezydentem V Republiki otwarcie poszukującym homoseksualnego poparcia, ale jego metoda była bardziej zbliżona do chicagowskiego klientelizmu niż szkoły frankfurckiej. Jego odwołanie się do tej społeczności polegało na zmianie zróżnicowania wieku przyzwolenia na stosunki heteroseksualne i homoseksualne [od Red. – od 1945 do 1982 roku we Francji istniało w prawie karnym zróżnicowanie w wieku przyzwolenia na w/w stosunki] i na podziale wyższych stanowisk w jego rządzie. Mianował również Jacka Langa, który pracował nad PR-em w czasie jego kampanii, na stanowisko Narodowego Sekretarza ds. Kultury i Młodzieży. Lang, który był znacznie bardziej oddany celom kulturalnym Nowej Lewicy niż jego koledzy, zaczął budować silną sieć i system patronatu, którego efekty czujemy dzisiaj. Do niedawna status społeczno-ekonomiczny, zawód czy miejsce zamieszkania bardziej wpływały na wzory zachowań wyborczych homoseksualistów niż ich orientacja seksualna, która pozostaje czynnikiem mniej decydującym niż w USA.

Poza światem polityki, religijne tradycje ludowe pozostały względnie nietknięte. Jeśli ktoś kupił Gâteau d’Epiphanie (w Luizjanie „Ciasto królewskie”) zaledwie dziesięć lat temu, miał tak samo dużą szansę na znalezienie w środku Dzieciątka Jezus, jak i Asterixa czy „Feve” (sucha fasola). Teraz między fałdami tego tortu kryją się jedynie świeckie obiekty, czasem można nawet znaleźć wewnątrz „cudzoziemców”, takich jak Myszka Miki! Jednak nadal można zobaczyć w okresie bożonarodzeniowym światełka nad deptakami, które są umieszczone w tym miejscu przez cech lokalnych rzemieślników.

Nawet ataki z sektora korporacyjnego były rzadkie i stosunkowo miękkie. W 1997 roku Volkswagen prowadził billboardową kampanię reklamową przedstawiającą Ostatnią Wieczerzę, na której Jezus dzieli się swoją ekscytacją z powodu przybycia nowego Golfa. W obliczu oskarżenia o włożenie takich przyziemnych słów w usta Zbawiciela – Volkswagen usunął reklamy, sprawa sądowa przeciwko nim została wycofana, a firma dała niewielki datek na rzecz Secours Catholique (francuska katolicka organizacja charytatywna). Osiem lat później dom mody Girbaud postawił jeden billboard w mieszczańskiej dzielnicy Paryża. Przedstawiał on kobiety w pozycjach z Ostatniej Wieczerzy oraz jednego mężczyznę odsłaniającego opalone i muskularne plecy do aparatu nieznacznie sugerując pokazanie pośladków. To również podniosło małą medialną kontrowersję. Organizacje katolickie podały ich do sądu, ale przegrały.

Trzeba się mocno wytężyć by znaleźć cokolwiek, co przypominałoby obecne zniszczenia i przewrót przejmujący przestrzeń publiczną. Oczywiście w 1992 roku nałożono prezerwatywę na Obelisk, ale w tym kraju, który nie ma złudzeń co do prywatnych czynności seksualnych ogółu społeczeństwa, było to postrzegane jako coś istotnego w podnoszeniu świadomości wokół poważnego problemu zdrowia publicznego, i nie chodziło o wyśmianie nad Sekwaną starożytnego Egiptu, epoki jakobińskiego terroru czy Zgromadzenia Narodowego.

 Wersal, „przybytek monarchii absolutnej”

W 2007 roku samozwańczy obrońca francuskiej tożsamości przeciwko afrykańskiej hołocie, Nicolas Sarkozy, ustanowił Jeana-Jacquesa Aillagona odpowiedzialnym za zamek w Wersalu.  Aillagon zauważył z żalem, że ponad dwa wieki po rewolucji Wersal pozostaje „przybytkiem monarchii absolutnej”. Szybko zabrał się do pracy aby to zmienić, zaczynając od wystawy prac najsłynniejszego i najbardziej infantylnego ze współczesnych artystów, Jeffa Koonsa. Wystawa z pewnością opłaciła się jego patronowi Françoisowi Pinaultowi, właścicielowi konglomeratu mody Kering SA wartego kilka miliardów euro. Kilka lat wcześniej Pinault zatrudnił Aillagona, aby doradzał mu w budowaniu jego kolekcji dzieł sztuki. Pinault jest czołowym kolekcjonerem prac Koonsa i wypożyczył 6 z 14 prac prezentowanych na wystawie w Wersalu. Pinault ma teraz 78 lat, a firmę przejął jego syn, więc pompowanie ceny jego kolekcji zdegenerowanej sztuki jest priorytetem krótkoterminowym. Oddawanie dzieł sztuki współczesnej do muzeów po śmierci miliarderów jest korzystnym sposobem pomagającym dzieciom unikać płacenia podatków od nieruchomości i pośmiertnej wyprzedaży akcji rodzinnej firmy. Głośna, publiczna wystawa takich dzieł sztuki jak te nadmuchuje przypisaną wartość przed nieuniknioną darowizną.

Jean-Jacques Aillagon doszedł do szczytu dzięki usługom świadczonym na rzecz potężnych patronów takich jak Pinault, ale także dzięki potężnej sieci homoseksualnych kulturowych marksistów skupionych wokół wspomnianego wyżej Jacka Langa. Jack Lang jest wysokim rangą masonem Wielkiego Wschodu, synem ważnego masona, żydem i był najwyższym rangą homoseksualistą w rządzie prezydenta Mitterranda, jak również łącznikiem Mitterranda z potężnymi patronami tej wtedy jeszcze ukrytej społeczności. Jack Lang jest od lat 80. szarą eminencją we wszystkim, co odnosi się do Ministerstwa Kultury i pokrewnych organizacji prywatnych. Ponieważ większość starszych członków sieci to ludzie koło siedemdziesiątki, wydaje się że instytucjonalizują swoją niegdyś nieformalną i organiczną sieć. Według wiodącego francuskiego magazynu biznesowego Challenges dwie organizacje się wyróżniają. Jedną z nich jest dyskretny i pozornie bezimienny klub, który spotyka się raz w miesiącu w IX dzielnicy (która okazuje się być miejscem, gdzie znajduje się siedziba Wielkiego Wschodu), a drugą jest Les Enfants de Cambacérès, klub spotkań dla masonów wszelkich obediencji, który został założony przez Donalda Potarda, byłego dyrektora generalnego u Jeana-Paula Gaultiera i nr. 8 na liście Challenges najbardziej wpływowych gejów.

Czynnikami warunkującymi funkcjonowanie takich sieci są elitaryzm, spójność, jedność celów i działania strategiczne. Sieci te nie są otwarte dla byle geja, i nikt nie będzie korzystał z sieci bez uprzedniego służenia jej celom. Spójność i jedność celów powinny być oczywiste dla każdego, kto pamięta jaką cenę płacili ci ludzie przed masową zmianą w społecznej akceptacji homoseksualistów. Nic nie buduje spójności grupy jak wspólne cierpienia. Podczas swojego dojścia do władzy to lobby nie było hermetycznie odizolowane od reszty świata. Raczej punkty styczne z innymi potężnymi sieciami działały jako szczeliny i oparcie dla stóp wzdłuż klifu, jakim powoli wspinali się do władzy. Te punkty styczne nie tworzą się przez pokrewieństwa ideologiczne lub perspektywiczne obietnice. Pomaganie Mitterrandowi w wygraniu wyborów lub pomaganie Pinaultowi w budowaniu wartości jego kolekcji sztuki są typowymi tego rodzaju usługami świadczonymi na rzecz innych ośrodków władzy. Te wysiłki spłacają dywidendy na rzecz sieci i jej najbardziej skutecznych członków. Wreszcie artykuł w Challenges uwidacznia, że przed osiągnięciem władzy starali się rzucić duży cień niepewności na swoje znaczenie, a teraz kiedy udało im się osiągnąć władzę głośno zaprzeczają, że ich sieć istnieje. Podążają za radą Sun Tzu: „wydawaj się słabym gdy jesteś silny i silnym, gdy jesteś słaby”.

 „Inwazja kulturowego barbaryzmu z Nowego Yorku”

Przyjazd wystawy Jeffa Koonsa do Wersalu obudził mieszkańców tej podparyskiej „sypialni”, składającej się ze znacznej liczby mieszkańców, którzy z dumą wywodzą swoje pochodzenie z dworu Króla Słońce. Wielu lokalnych dysydentów zbierało się regularnie protestować u bram Wersalu, a także prezentować i sprzedawać niedawno produkowane dzieła sztuki, które sławią kulturę europejską, a nie drwią z niej. Pojawiali się oni regularnie w wiadomościach, aby zdemaskować „inwazję kulturowego barbaryzmu z Nowego Jorku”, co zebrało wiele sympatii w tym okresie, naznaczonym ogólnym poczuciem antyamerykanizmu. Regularnie spotykali się na  fundraisingowych kolacjach pod przewodnictwem członków Domu Bourbonów.

Kwestia sztuki współczesnej w Wersalu stała się tematem poważnej debaty publicznej, która ustawiła oligarchów i ich lokajów przeciwko większości Francuzów. Didier Rykner, bloger piszący na temat sztuki i jej ochrony, przyjął stanowisko które można by określić jako „centrową” pozycję w tym sporze między kulturowymi marksistami i tradycjonalistami:

Włączenie sztuki współczesnej do zabytków i klasycznych muzeów sztuki jest tendencją mijającą, i jako taka będzie zanikać (…). Tak długo, jak zjawisko to pozostaje tymczasowe (lub stałe, ale w stosunkowo dyskretny i skuteczny sposób, jak w przypadku Anselma Kiefera w Luwrze) debata nie jest wymagana, nawet jeśli goście przyjeżdżający do Wersalu tylko raz w życiu naprawdę nie mają ochoty zobaczyć tam Jeffa Koonsa (…). Wyjaśniając, wydaje się, że francuską scenę artystyczną zdominował prąd intelektualnego terroryzmu, co jest bardzo irytujące. Twierdzenie, że mała grupa skrajnie prawicowych pisarzy powiązana ze środowiskami tradycjonalistycznymi sprzeciwiała się wystawie Jeffa Koonsa przez podniesienie takich śmiesznych argumentów jak „prawa moralne Ludwika XV”, ale jeszcze bardziej prawdopodobnie, że ze względu na zakorzenioną nienawiść wobec sztuki współczesnej, jest rozszerzane w pogląd, że każdy, kto myśli, że Jeff Koons nie pasuje do Wersalu, ani Jean Fabre do Luwru, jest również skrajnie prawicowym reakcjonistą, który jest systematycznie wrogi sztuce naszych czasów. Ten argument, czy to jawny czy ukryty, jest podły i tak samo osłupiający jak twierdzenie, że Wersal otworzył swoje podwoje dla „świętokradczej wystawy”.

W tej debacie ci, którzy próbowali podjąć bezstronne spojrzenie byli chyba najmniej popularni. Chociaż masy Francuzów nie podzielają całościowego odrzucenia Rewolucji ani nostalgii organizatorów protestów za arystokratycznymi przywilejami, w pełni zgadzają się w sprawie ochrony francuskiej kultury i tożsamości przeciwko absurdalnym śmieciom, których akceptację jako równych Le Nôtre’owi i Girardonowi wymuszali Aillagon i spółka.

Protesty wracają za każdym razem kiedy przybywa nowa wystawa. Aillagon pozostał odpowiedzialny za zamek w Wersalu aż do swoich 65 urodzin, kiedy jako państwowy biurokrata został zmuszony przez prawo do przejścia na emeryturę. Sarkozy zastąpił go kobietą, która o wiele bardziej koncentruje się na odnawianiu fontann i fasad Wersalu, które szczerze mówiąc były w opłakanym stanie. Niestety dysydenci z Wersalu nie byli w kontakcie z trendami w kulturze młodzieżowej, stworzyli ubogo zaprojektowaną stronę internetową i nie są we właściwy sposób obecni w mediach społecznościowych. Jednakże związana z FSSPX grupa Civitas została zauważona i postanowiła kontratakować przeciwko niszczycielom kultury z odpowiednią siłą.

Patrick Le Brun

Źródło: counter-currents.com

Tłumaczenie: Redakcja Bazy Dokumentów Papieskich Xportal.pl

Podobne...

Dodaj komentarz

Top
error: