Nikołaj Bierdiajew: Mieszczanin odrzuca Golgotę

Prezentujemy publikowane wcześniej na Xportalu tłumaczenie eseju Nikołaja Bierdiajewa (1874-1948), znanego myśliciela rosyjskiego, który na marginesie lektury dzieł Léona Bloy (1846-1917), francuskiego pisarza katolickiego, rozważa relację między figurą mieszczanina i reprezentowaną przez niego kulturą a chrześcijaństwem i Ewangelią.


Léon Bloy daje znakomitą interpretację metafizyczną tego, co stanowi zasadę życia mieszczanina. W „Dieu ne demande pas tant” zgłębia tajemne ruchy serca, umysłu i woli mieszczanina by wydobyć na światło dzienne jego specyficzny mistycyzm i metafizykę. Mieszczanin, nawet gdy jest  „dobrym katolikiem” wierzy tylko w ten świat, w to co doświadczalne i użyteczne. Nie potrafi żyć wiarą w inny świat i odrzuca życie oparte o misterium Golgoty. „Wspaniała wyższość mieszczanina ufundowana jest na jego niewierze, która trawi nawet gdy dotknie i zobaczy. Nie! Raczej na całkowitej niemożności zobaczenia i dotknięcia spowodowanej niewiarą.” Mieszczanin to bałwochwalca, zniewolony przez widzialne. „Bałwochwalstwo to przyznanie widzialnemu wyższości nad niewidzialnym.” Bogiem i absolutem mieszczanina są „interesy.” To mieszczanin ukrzyżował Chrystusa: na Golgocie odciął Boga od świata, „pieniądz” od ubogich. Ubogi i Pieniądz to dla Bloy wielkie symbole. Istnieje misterium pieniądza, jego tajemniczego oddzielenia od ducha i świata klasy średniej który poddany jest władzy pieniądza i pozbawiony ducha. Klasa średnia jest przeciwstawiona Absolutowi, odgrywa rolę destrukcyjną wobec wieczności. Mieszczanin może być religijny, ale ta religijność klasy średniej jest w oczach Bloy bardziej godna pogardy niż ateizm. Iluż mieszczańskich bałwochwalców odkrywa on wśród „dobrych katolików” – Chrystus Pan tak dobrze prezentuje się przecież w ich sklepach!

Léon Bloy zajmuje się przeciętnym mieszczaninem, ale sam problem można pogłębić gdyż mieszczanin może objawiać się na wyższych i bardziej zaawansowanych płaszczyznach, a nawet na wyższych stopniach życia duchowego, gdzie gasi ogień będący samą esencją ducha.

Mieszczanin może być pobożny, może nawet być sprawiedliwy lecz powiedziane zostało: „Zapewniam was, że jeśli wasza sprawiedliwość nie stanie się pełniejsza niż uczonych w Piśmie i faryzeuszy, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.” Sprawiedliwość mieszczanina nigdy nie przewyższa uczonych w Piśmie i faryzeuszy. Kocha on dawać jałmużnę, „w synagogach i na ulicach” aby ludzie go chwalili. Modli się „w synagogach i na rogach ulic (…), żeby się ludziom pokazać”. Uwielbia sądzić i pierwszy ciska kamieniem w grzesznika. Kiedy uczniowie rwali kłosy w szabat to mieszczanin rzekł do Jezusa: „Czemu czynią w szabat to, czego czynić nie wolno?” Odpowiedź zaś uderzała we wszelkie przekonania mieszczanina: „Zapewniam was, że tu jest coś więcej niż świątynia. Gdybyście zrozumieli, co znaczy „miłosierdzia chcę, nie ofiary”, nie osądzalibyście niewinnych. Bo panem szabatu jest Syn Człowieczy”. Podobnie, to mieszczanin powiedział: „Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; (…) Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników”, ponieważ nie było w nim miłości dla celników i grzeszników, a on sam stał po stronie faryzeuszy. A zwracając się do mieszczanina Chrystus rzekł: „Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. (…) Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony„. Lecz „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą.” Oraz: „Cóż bowiem jest ważniejsze, złoto czy przybytek, który uświęca złoto?” Kiedy mieszczanin powiedział, że „Je i pije z celnikami i grzesznikami.”, Jezus odpowiedział mu: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. (…) Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.” Także te słowa Chrystusa są wymierzone wprost w mieszczanina: „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. Cóż bowiem za korzyść stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić?

Mieszczanie wyruszają na podbój świata, Jezus zaś mówi im „Biada wam, (…) bo lubicie pierwsze miejsce w synagogach i pozdrowienia na rynku.” A interesy mieszczanina w tym świecie Jezus odrzuca słowami: „(…)Nie pytajcie, co będziecie jedli i co będziecie pili, i nie bądźcie o to niespokojni! O to wszystko bowiem zabiegają narody świata, lecz Ojciec wasz wie, że tego potrzebujecie. Starajcie się raczej o Jego królestwo, a te rzeczy będą wam dodane.” Wprost potępione są serca mieszczan „pełne obłudy i nieprawości”. Chrystus powiedział uczniom: „Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem sobie ze świata, dlatego was świat nienawidzi.” „Świat” to duch mieszczański: nie dzieło Boże, kosmos którego Syn Boży nie mógłby odrzucić, ale zniewolenie i przytłoczenie dzieł Boga przez pożądania i namiętności. Mieszczanin to człowiek który kocha „świat”. Wieczne odrzucenie samych podstaw ducha mieszczańskiego znajdujemy w słowach: „Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie!” Być mieszczaninem, to być w okowach, być związanym ze „światem”. To odrzucenie Golgoty, zaparcie się Krzyża. Mieszczańska świadomość życia stoi w opozycji do świadomości tragedii: człowiek, który przetrwa tragedię wolny jest od skazy i  prawdziwie dramatycznych chwilach życia mieszczanin przestaje być mieszczaninem.

Gdzie szukać duchowych korzeni tej choroby? W zbyt mocnej wierze w ten, widzialny świat i niewierze w inny, niewidzialny. Świat rzeczy materialnych imponuje mieszczaninowi, budzi namiętności, kusi. Mieszczanin nie wierzy tak naprawdę w inną egzystencję, w życie duchowe, nie pokłada pewności w wierze bliźnich.

Mieszczanin nigdy nie uznał żadnego świętego za jego życia, a jedynie po kanonizacji i powszechnym uznaniu. Klasa średnia zniewala ducha, miażdży go siłą twardego, zewnętrznego świata, zależności od tego co zmiennie i poddające się zepsuciu, niemożność przebicia się do nieskończoności.

Kiedy mieszczanin zbyt długo tkwi na swoim miejscu, odbiera możliwość ruchu wszystkiemu i wszystkim, aż do chwili gdy jego władza zagraża życiu bezwładem. W tedy pojawia się inna postać, żądna władzy i korzystania z życia krzycząca „Z drogi! Ja zajmę twoje miejsce.” Ów miesczanin-parweniusz nie jest peszy od swego poprzednika, jest nawet gorszy lecz w szczytowych chwilach swego podboju wydaje się być śmiałkiem zupełnie różnym od pompatycznego, okopanego na swoich pozycjach starego mieszczanina. Nowy mieszczanin cechuje się jeszcze większym głodem władzy i siły, jest bardziej okrutny względem słabych, bardziej upojony własną wielkością, rolą i nagłym zwycięstwem. Jego sukcesom niezmiennie towarzyszy osłonienie świadomości tragizmu życia.

Nowy mieszczanin zastępuje starego – oto odwieczna komedia historii. Po wejściu na scenę ów nowy aktor zaczyna udawać, że odrzuca wszystko co związane z klasą średnią, że jego królestwo będzie inne: jest socjalistą, rewolucjonistą. Ale szybko, bardzo szybko, znów pojawiają się odwieczne cechy mieszczanina.

Bogacz pozostający w duchowej niewoli swego bogactwa i niewolący innych jest więźniem „tego świata” i trudniej mu wejść do królestwa niebieskiego niż wielbłądowi przejść przez ucho igielne. Ale ubogi zazdroszcząc bogaczowi i zniewolony duchowo pragnieniem posiadania jego majątku i pozycji wcale nie jest w łatwiejszej sytuacji. Na tym polega wieczna tragikomedia historii. Każda grupa społeczna zostaje opętana przez ducha klasy średniej co przyjmuje kształt zadowolenia z własnej „pozycji” i chęci utrzymania jej za wszelką cenę, albo wyraża się w zazdrości o pozycję bliźniego i pragnieniu jej zdobycia niezależnie od kosztów. Na scenie historii widzimy tragikomiczny obrazek dwóch mieszczan chwytających się za gardła, każdy z nich wyobraża sobie, że broni swojego świata przed wrogiem. Przynależności do klasy średniej nie określa sytuacja ekonomiczna człowieka lecz duchowe podejście do własnej pozycji. Dlatego każda klasa może zostać podporządkowana temu duchowi.

Paradoks życia mieszczanina zawiera się w wyrzeczeniu się tragedii. Jest on przytłoczony i zamroczony swoim odrzuceniem wewnętrznego tragizmu życia, Golgoty. Z uznania Krzyża, bólu i cierpienia płyną ulga i wolność. Nawet w starożytności klasa średnia walczyła o obalenie kultury sakralnej. Prorocy napiętnowali ją ogniem swoich słów: „Kraj jego pełen jest srebra i złota, a skarby jego są niezliczone. Kraj jego pełen jest koni, a wozy jego nieprzeliczone.” Lecz „Wyniosłe oczy człowieka się ukorzą i duma ludzka będzie poniżona. Sam tylko Pan się wywyższy dnia owego.”

Jedynie duchem pokonać można mieszczanina, to co materialne na nic się nie przyda. Nie jest on zjawiskiem materialnym czy ekonomicznym, rozwój przemysłowy jako taki nie ma charakteru mieszczańskiego. To niewłaściwa koncepcja życia pożądanie tego, co skończone w czasie zamienia życie w piekło. W swej skończonej i żywotnej formie, mieszczanin jest figurą apokaliptyczną, postacią zapowiedzianą w pismach mówiących o nadchodzącym królestwie. Duch klasy średniej przeciwstawiony jest duchowi pielgrzyma. Na tym świecie chrześcijanin jest ledwie przechodniem, a uczucie pielgrzymowania towarzyszy mu przez całe życie. Chrześcijanin nie ma miasta – wędruje on poszukując miasta Bożego, które nigdy nie będzie „z tego świata”. Zawsze kiedy chrześcijanie pomylą Nowe Jeruzalem z miastem ziemskim, przestają być pielgrzymami i poddają się władzy ducha mieszczańskiego.

(tłumaczenie z jęz. angielskiego – Redakcja Xportal.pl;
za „Houston Catholic Worker”, Vol. XXIV, No. 4, July-Aug. 2004.)

Podobne...

Dodaj komentarz

Top
error: