Mirosław Salwowski: O co chodzi z pozamałżeńskimi tańcami damsko-męskimi?

W niniejszym tekście zebrałem najczęściej pojawiające się pytania odnośnie zagadnienia tzw. pozamałżeńskich tańców damsko-męskich (dalej będę stosować zazwyczaj określenie: „tańce d-m” albo „pozamałżeńskie tańce d-m”) udzielając przy tym na nie dłuższych bądź krótszych odpowiedzi. Jak można ganić tańce damsko-męskie, skoro Pan Jezus uczestniczył w weselu w Kanie Galilejskiej? Czy to nie prawda, że Dawid tańczył przed Arką Pańską, a jeśli to prawda, to co z tego faktu ma wynikać? Czy to prawda, że św. Augustyn i św. Franciszek Salezy chwalili tańce damsko-męskie? Czy ganienie tańców damsko-męskich to niekatolicki purytanizm? Co to są bliskie okazje do grzechu i dlaczego większość tańców damsko-męskich do takowych należy? A co z papieżem Franciszkiem, który przyznawał się do tego, iż w młodości tańczył tango? I co w ogóle należy rozumieć pod pojęciem „pozamałżeńskich tańców damsko-męskich”? Na te i wiele innych pytań znajdziesz drogi Czytelniku odpowiedź w poniższym opracowaniu.


taniec okazją do grzechu


Pytanie 1: Czym są w zasadzie pozamałżeńskie tańce damsko-męskie?

By jaśniej odpowiedzieć na to pytanie, zacznijmy od tego, czym na pewno nie są „pozamałżeńskie tańce damsko-męskie” ? Z pewnością nie są więc to tańce, w których mężczyźni i kobiety tańczą w oddzielnych od siebie grupach. Trudno też nazwać mianem takich tańców, te z nich, gdzie co prawda osoby jednej płci widzą osoby tańczące należące do drugiej płci, ale wykonywane w danym tańcu ruchy, pozy i gesty nie mają na celu podkreślania cielesnej atrakcyjności drugiej płci – nie jest więc raczej tańcem d-m np. breakdance mimo iż mężczyźni go wykonujący mogą być przy tym obserwowani przez kobiety. Nie sądzę też, by tańcem d-m można było określić „podrygiwanie” czy podskakiwanie na jakimś koncercie dokonywane w co prawda mieszanej płciowo grupie, ale któremu nie towarzyszy intencjonalne zorientowanie się na drugą płeć (w znaczeniu ruchów mających zwracać uwagę na odmienność płciową danej osoby czy też bliskości cielesnej wyrażającej się we wzajemnym dotykaniu się takich osób).

To, że wymienione wyżej rodzaje tańców trudno by było zaliczyć do ich „d-m” gatunku nie znaczy jednak od razu, iż wszystkie z nich z pewnością są dobre albo niegroźne. Należałoby raczej powiedzieć, że jedne z nich są dobre, a inne złe, jedne moralnie bezpieczne, a inne duchowo niebezpieczne. Jeśli np. dany taniec nie wyraża co prawda pożądliwości seksualnej, ale np. stanowi uzewnętrznienie ducha buntu, agresji albo pogańskich wierzeń, to z pewnością nie jest to taniec, który mimo braku jego „d-m” charakteru należałoby pochwalać czy doradzać innym. Jednak ze względu na brak powiązania takich rodzajów tańca z zagrożeniami przeciw cnocie czystości i wstydliwości można przyjąć, iż stosunkowo wiele z nich stanowi dobrą, pożyteczną i niewinną rozrywkę.

Co zatem należałoby określić mianem „pozamałżeńskich tańców d-m”? W sensie intencjonalnym, jako tego rodzaju taniec trzeba by nazwać takie taneczne pląsy i ruchy, których celem jest zwrócenie uwagi osoby płci przeciwnej na seksualną odmienność i jej cielesną atrakcyjność. Na przykład, dany mężczyzna widząc, iż kobiety patrzą na niego jak tańczy, może specjalnie wówczas wypinać do przodu swą klatkę piersiową, po to by w ten sposób wyeksponować swą muskulaturę. Z kolei, tańcząca niewiasta, po to by zwrócić na siebie uwagę mężczyzn, może do tańca założyć krótszą niż zwykle spódniczkę i bluzkę z głębszym niż zazwyczaj dekoltem, a przy tym będzie jeszcze podkreślać niektóre ze swych cielesnych walorów, poprzez bardziej intensywne ruchy klatką piersiową, biodrami czy pośladkami. I w tym sensie, nawet taniec, w którym mężczyzna i niewiasta nie dotkną się choćby przez chwilę mogą być nazwane tańcem d-m – z przykładem tego rodzaju tańców dość często mamy do czynienia na tzw. dyskotekach. Do takich tańców można też zaliczyć popularne występy tzw. cheerleaderek, które co prawda tańczą w jednopłciowych grupach, ale ich strój, pozy i gesty przy tym wykonywane nie pozostawiają wątpliwości, iż mają na celu zwrócenie uwagi na seksualną atrakcyjność tych tancerek.

Bardziej zaś ewidentnym przykładem czegoś co można i należałoby nazwać pozamałżeńskim tańcem d-m jest sytuacja, w której niepoślubione sobie osoby płci przeciwnej, które weszły już w swym życiu w okres odczuwania seksualnych pragnień, podczas tańczenia dobierają się w pary, mniej lub bardziej dotykając się przy tym nawzajem (trzymanie się ręce, objęcia w ramionach albo w okolicach bioder, uściski, przytulenia, etc.). Tego typu tańce są typowe dla przeróżnych „prywatek”, dancingów, balów, wesel i tym podobnych imprez.

Mówiąc więc w skrócie, pozamałżeńskimi tańcami d-m należy określić takie tańce, w których niepoślubione sobie, a dojrzałe lub dojrzewające płciowo osoby płci przeciwnej w pewien specjalny sposób, za pomocą ruchów, póz i gestów oraz mniejszej bądź większej bliskości cielesnej ukierunkowują się nawzajem swą uwagę. I właśnie z istnieniem tego rodzaju tańców wiąże się najwięcej moralnych problemów, niebezpieczeństw i kontrowersji, o których będzie poniżej mowa.

TANIEC W ŚWIETLE PISMA ŚWIĘTEGO

Pytanie 2: Czy w Piśmie świętym pozamałżeńskie tańce damsko-męskie są chwalone, usprawiedliwiane albo aprobowane? Co z tańczącym przed Arką Dawidem i Panem Jezusem uczestniczącym w weselu w Kanie Galilejskiej?

Nie ma żadnych wiarygodnych podstaw, by twierdzić, iż w Kanie Galilejskiej były tańce DAMSKO-MĘSKIE. Do dziś wśród co bardziej konserwatywnych żydów nie ma takowych tańców (są tańce ROZDZIELNOPŁCIOWE), a co dopiero wówczas. Zresztą jeśli mamy być ściśli, to w opisie wesela w Kanie Galilejskiej nie ma wzmianki o jakichkolwiek tańcach (czy to damsko-męskich czy rozdzielnopłciowych), choć znając kontekst kulturowy i historyczny możemy założyć, iż prawdopodobnie były tam tańce, jednak nie damsko-męskie, ale rozdzielnopłciowe. Pismo święte owszem w kilkunastu miejscach chwali lub przynajmniej domyślnie aprobuje taniec jako wyraz radości albo i nawet sposób na chwalenie Boga, ale naprawdę nic nie wskazuje na to, by chodziło wówczas o tańce d-m. Przykładowo, często przywoływany w kontekście obrony tańców d-m skaczący i tańczący przed Arką Przymierza prorok i król Dawid, nie czynił tego w parze z jakąś niewiastą, ani też nie pląsał po to, by okazać swe cielesne wdzięki miejscowym kobietom (lecz pragnął przez to chwalić i czcić Boga). Nota bene, nie był on przy tym nagi, jak to sugerują niektórzy, gdyż w Piśmie świętym czytamy, iż Dawid tańcząc był odziany w lniany efod (patrz: 2 Samuela 6: 14), a więc dwie dość długie (bo sięgające kolan) płachty połączone paskiem na ramionach i związane w pasie. Podobnie, gdy hebrajskie niewiasty wychodziły na powitanie wracających ze zwycięskiej bitwy mężczyzn to owszem tańczyły, ale nie jest napisane, by czyniły to będąc wymieszane z mężczyznami, dotykając przy tym mężczyzn albo też, ny wykonywały przy tym jakieś ruchy czy gesty mające zwrócić uwagę męskiej publiczności na ich cielesną atrakcyjność.

Tak też więc, nie ma w Biblii ani jednego przykładu aprobowanego bądź pochwalanego przez jej natchnionych autorów tańca, w którym to mężczyźni tańczyli by z kobietami, osoby odmiennej płci pląsałyby ze sobą w parach albo też dotykały by się przy tej okazji. Co prawda, owszem jest napisane, iż kobiety i mężczyźni widzieli się nawzajem tańczących, ale nie ma przy tym mowy, by towarzyszyły temu ruchy mające podkreślać atrakcyjną cielesność osób odmiennej płci.

Jedynym przykładem tańca, który jest w sensie intencjonalnym podobny do tańca d-m (gdyż jego celem było zwrócenie uwagi płci przeciwnej), a który został wspomniany w Biblii był taniec Salome, córki Herodiady który to doprowadził do zabicia największego z Bożych proroków, św. Jana Chrzciciela. Czytamy wszak, iż Salome tańczyła tam tak, iż „spodobało się to Herodowi” (Mateusza 14: 5).

Przywołany wyżej przykład tańca Salome nie jest oczywiście jeszcze dowodem na to, iż Pismo święte jawnie gani tańce d-m, ale z całą pewnością nie można powiedzieć, by owe w którymkolwiek miejscu chwaliło, aprobowało czy polecało. Jednakże to, iż Biblia w żadnym miejscu wyraźnie nie potępia ani nie zakazuje pozamałżeńskich tańców d-m, przynajmniej w świetle tradycyjnej teologii katolickiej nie jest jeszcze dostatecznym argumentem na rzecz twierdzenia, że w takim razie nie są one moralnym problemem. Wszak, w Piśmie świętym w jasny i bezpośredni sposób nie potępia się też np. antykoncepcji czy onanizmu, a są one jednak uważane przez nauczanie katolickie za rzeczy moralnie naganne.

Pytanie 3: Czy to jednak Pismo święte nie mówi, że to z serca (a nie z różnych zewnętrznych sytuacji) pochodzą złe czyny i myśli? Czy problemem nie jest więc ten czy inny taniec, ale złe intencje z którymi niektórzy ludzie idą na tańce?

Pan Jezus powiedział, iż zło pochodzi z tego co wychodzi z człowieka, a nie z tego co do niego wchodzi (Mateusz 15: 18). Niektórzy do tej prawdy dopowiadają jednak coś, czego już Zbawiciel nie oświadczył, sugerując, że takim razie nie istnieją żadne zewnętrzne sytuacje, w których znajdowanie się mogłoby sprowadzić człowieka na złą drogę – o ile tylko ten – ma dobre intencje. W rzeczywistości jednak, Słowo Boże ostrzega przed różnymi sytuacjami i zachowaniami o charakterze zewnętrznym, które mogą nas prowokować do popełniania nieprawości. I tak przykładowo, w Piśmie św. czytamy, aby „nie wpatrywać się w cudzą piękność” ani też nie ucztować z kobietą zamężną przy winie (Mądrość Syracha 9: 8-9); „zatykać uszy, by o krwi nie słuchać, zamykać oczy, by na zło nie patrzeć” (Izajasz 33, 15); nie wdawać się w zażyłość z tancerką (Mądrość Syracha 9: 4, w tłumaczeniu x. Jakuba Wujka); „nie patrzeć na wino jak pieni się w pucharze” (Przyp. 23, 31); obcować z mędrcami, a strzec się towarzystwa głupców (Przyp. 13, 20); nie zawierać małżeństwa z poganami (Powt. Prawa 7, 3-4). Poza tym, Bóg w swym Słowie powiedział też: „Rozważny zło widzi i odwraca się, nierozważni idą tam i szkodę ponoszą” (Przyp 22, 3).

Nie jest zatem tak, iż jeśli mamy tylko dobre intencje, możemy nie tylko spokojnie, ale jeszcze w celach rozrywkowych angażować się w bardzo niebezpieczne sytuacje. Ktoś kto jedzie drogą 240 km na godzinę, może nie mieć intencji spowodowania wypadku, ale to wcale nie będzie gwarancją, że w ten sposób rzeczywiście nikogo nie zrani ani nie zabije. W rzeczywistości zacytowane słowa Pana Jezusa oznaczają, że zanim czynione przez nas słowa objawi się na zewnątrz w naszych słowach i uczynkach, najpierw kiełkuje w naszych myślach i pragnieniach. Zanim wszak dopuścimy się np. cudzołóstwa, zazwyczaj o nim myślimy, ale to nie oznacza, że nie ma żadnych zewnętrznych sytuacji, które wydatnie pomagałyby i zachęcały nas do myślenia o tym występku. Tak naprawdę, ci, którzy w swym sercu brzydzą się różnymi niemoralnymi czynami, łatwo rozpoznają te z zewnętrznych sytuacji, które do owych prowadzą i prowokują. Jestem przekonany, iż ci z mężczyzn i niewiast, którzy chcą praktykować cnotę czystości i wstydliwości w stopniu absolutnym i bezkompromisowym (a więc dla osób, które nie są jeszcze w małżeństwie będzie to oznaczało nie tylko rezygnację ze stosunków seksualnych, ale też z wszelkich pocałunków, objęć i uścisków, w których szuka się erotycznej przyjemności) łatwo dostrzegają duże niebezpieczeństwo tkwiące w pozamałżeńskich tańcach d-m.

TAŃCE DAMSKO-MĘSKIE W ŚWIETLE TRADYCJI KOŚCIOŁA

Pytanie 4: Czy Ojcowie, Doktorzy i Święci Kościoła ganili pozamałżeńskie tańce damsko-męskie?

Tak jest, Ojcowie Kościoła, Święci, Doktorzy kościelni, nauczyciele życia duchowego, biskupi zebrani na wielu synodach od II wieku do połowy XX stulecia po Chrystusie, piętnowali, ganili i krytykowali rozpowszechnione w ich czasach tańce, jako będące zazwyczaj tzw. bliską okazję do grzechu, przez co powinno się ich gorliwie unikać. Można, by długo wymieniać słowa krytyk i przestróg formułowanych przez nich pod adresem tańców, ale podajmy tylko niektóre z nich. I tak na przykład, św. Efrem nazywał miejsca, gdzie odbywają się tańce mianem tych, gdzie „płaczą aniołowie, a czart obchodzi swoją uroczystość” ; św. Jan Chryzostom uczył, że są one: „prawdziwą świątynią diabelską|”, św. Cyprian mówił, iż uczestnicy tańców: „wchodzą niewinni, a wychodzą występni”, św. Hieronim nauczał, że”szatan przychodzi osobiście brać udział w tych zabawach, i tańczy przy tej muzyce”; a św. Ambroży zwał tańce: „zbiorem nieprawości, trumną niewinności i grobem czystości”. Jeden z kardynałów Kościoła rzymskiego, biskup Mediolanu, św. Karol Boromeusz tak zaś pisał o rozpowszechnionych w jego czasach tańcach: „Tańce światowe są kołem, którego punktem środkowym jest szatan, a obwodem jego słudzy. Stąd pochodzi, że RZADKO, albo nawet NIGDY TANIEC NIE JEST BEZ GRZECHU”. Z kolei, znany XVI-wieczny polski jezuita, ks. Jakub Wujek nazywał tańce d-m: „warsztatem każdej wszeteczności, cudzołóstwa i przyczyną grzechów wszelakich”, a św. Jan Maria Vianney zwał tańce i bale: „powrozem, którym szatan ściąga dusze do piekła”; „mającymi nachylenie ku złemu” (św. Józef Pelczar). Ojciec św. Pius z Pietrelciny (określany jako „ojciec Pio”) ostrzegał spowiadających się u niego, iż w razie uporczywego powrotu do zwyczaju tańczenia, nie udzieli im rozgrzeszenia, gdyż „taniec jest zaproszeniem i niebezpieczeństwem do grzechu”.

Pytanie 5: A może jednak, ganienie tańców d-m nie było dominującym nurtem nauczania w tradycyjnej moralistyce katolickiej i obok krytyki pod ich adresem istniał jakiś inny silny nurt je aprobujący albo chwalący?

„Niestety”, ale nie ma na to dowodów. Biorąc pod uwagę wskazany wyżej okres, obejmujący czas od II do mniej więcej połowy XX wieku, krytyka popularnych w owych czasach tańców była dominującą opinią w katolickiej teologii moralnej, zaś wypowiedzi chwalące takowe jeśli w ogóle, to pojawiły się wśród katolickich teologów bardzo rzadko i pierwsze z takowych zaczęły się ujawniać dopiero gdzieś w latach 20 i 30-tych XX wieku. Zasadniczo więc rzecz biorąc, w ciągu niemal 20 wieków istnienia Kościoła dominującym nurtem i opinią w jego nauczaniu było przekonanie, iż popularne tańce zawsze lub prawie zawsze są poważnym niebezpieczeństwem grzechu, dlatego trzeba ich stanowczo wiernym odradzać. Pogląd wedle którego wobec tańców d-m nie należy stosować tak „generalizujących” ocen i że w ich łonie da się znaleźć dużo niegroźnych i bezpiecznych moralnie tańców był w historii Kościoła bardzo wąskim marginesem i szersze uznanie zaczął zdobywać dopiero w drugiej połowie XX wieku. Niestety zaś ta niegdyś bardzo rzadko i całkowicie marginalna opinia zyskała w ostatnich 50-latach historii Kościoła taką popularność, iż stała się faktycznie dominująca i powszechna (o czym nieco więcej w odpowiedzi na jedno z następnych pytań).

Pytanie 6: Skąd pewność, iż ganienie oraz krytyka tańców d-m była w tradycyjnej moralistyce katolickiej przez niemal 20 wieków dominująca?

Spędziłem przeszło 20 lat na badaniu i zgłębianiu tego tematu, więc mogę powiedzieć, iż mam w nim dużą orientację i znajomość. Ponadto, tradycyjnie teologowie wypowiadali się na ów temat, w sposób wyraźnie sugerujący, iż przygany wobec tańców należały do powszechnego nauczania w Kościele:

„Do głównych okazji do grzechu w szóstym i dziewiątym Przykazaniu zakazanego, zawsze zaliczano tańce i widowiska choć świat mówi, że w nich nie ma nic złego. Zaprawdę! Jedno tu z dwojga: albo się świat myli, albo Kościół Jezusa Chrystusa jest w błędzie: bo nie masz Katechizmu, który by nie umieszczał tańców i widowisk pomiędzy okazjami do tego grzechu”(ks. Jean Gaume).

„Ojcowie Kościoła i mistrzowie życia duchowego potępiali tańce, i dowodzili, że prawie zawsze są one bliskim pochopem do grzechu śmiertelnego” (ks. Ambroży Guillois).

„Zakazy tańców były w Kościele katolickim od pierwszych już wieków” (…)”(ks. Stanisław Szarek).

Oczywiście, jeśli ktoś zechce, może upierać się, iż moja orientacja w tej kwestii jest błędna, a cytowani powyżej teologowie „naciągali” pod swe tezy historyczną rzeczywistość, sugerując, iż nagany popularnych tańców były w Kościele nauczaniem powszechnym. Wypadałoby jednak, aby takie osoby przedstawiły przynajmniej jakieś silniejsze poszlaki albo dowody na rzecz swych twierdzeń, na przykład przedstawiając choćby 5 lub 10 wypowiedzi Świętych chwalących i zachęcających do praktykowania tańców d-m.

Pytanie 7: Czy jednak św. Franciszek Salezy w swym cennym dziele „Filotea” nie chwalił tańców i balów?

Proszę uważnie zatem wczytać się w nauczanie owego Doktora Kościoła na ten temat:„Tańce i bale, są rzeczami obojętnymi z natury swojej ale ich używanie, JAKIE DZISIAJ JEST ZAPROWADZONE, TAK SIĘ SKŁANIA KU ZŁEMU WSZELKIMI SWYMI OKOLICZNOŚCIAMI, ŻE WIELKĄ SZKODĘ PRZYNOSZĄ DUSZY. Mówię wam przeto o balach, jak lekarze mówią o grzybach: najlepsze z nich powiadają, na nic się nie zdadzą, a ja powiadam, że najlepsze bale nie są przecież dobrymi. Jeżeli chcecie jeść grzyby, dopilnujcie, żeby były dobrze zgotowane i jedźcie je bardzo mało: bo chociażby najlepiej były zgotowane, stają się trucizną, gdy spożyjemy je w zbytecznej ilości. Jeżeli przypadkiem nie będziecie mogli W ŻADEN SPOSÓB WYMÓWIĆ SIĘ OD PÓJŚCIA NA BAL; starajcie się, by taniec porządnie się odbywał we wszystkim, pod względem dobrych zamiarów, skromności, godności i przyzwoitości; TAŃCZCIE NAJMNIEJ ILE MOŻECIE, z obawy, aby serce wasze do tego się przywiązało (…) Te dziwaczne rozrywki, zazwyczaj są niebezpieczne; rozpraszają ducha pobożności, osłabiają moc woli, oziębiają świętą miłość bliźniego i budzą w duszy tysiące złych skłonności (…) Jako niektóre rośliny wciągają w siebie jad żmij, które się do nich przybliżają, TAK TAŃCE PRZYCIĄGAJĄ DO SIEBIE TRUCIZNĘ NAMIĘTNOŚCI LUDZKICH I POWSZECHNEGO ZEPSUCIA (…). Wówczas kiedy tańczyliście na balu, mnóstwo dusz gorzało w piekle, ZA GRZECHY POPEŁNIONE W TAŃCU, LUB ZA ZŁE NASTĘPSTWA, KTÓRE WYNIKNĘŁY Z TAŃCÓW”.

Czy tak naprawdę wygląda chwalenie lub doradzanie czegoś??? Czy mówienie, iż tańce i bale wielką szkodę przynoszą duszy jest ich pochwałą? Czy twierdzenie, że można iść na bal, o ile w „żaden sposób nie można się od niego wymówić” jest zachęcaniem do tego? Czy pochwałą albo zachętą do tańców i balów jest doradzanie, by w razie niemożności „wymówienia się” od uczestnictwa w takowych, wyobrażać sobie, jak to w czasie naszej obecności na owych imprezach mnóstwo dusz cierpiało w piekle za grzechy popełnione w tańcu lub złe następstwa, które z nich wynikły? Doprawdy, to ma być pochwała, zachęcanie i aprobata dla pozamałżeńskich tańców d-m?

Pytanie 8: Czy jednak św. Augustyn z Hippony nie mówił: „Naucz się człowieku tańczyć, gdyż inaczej Aniołowie nie będą wiedzieli co zrobić z tobą w Niebie”?

Nawet, gdyby tak mówił (co wcale nie jest pewne, gdyż brak jest udokumentowanych źródeł tego domniemanego cytatu) to czy oznaczałoby to od razu, iż św. Augustyn chwalił tym samym i doradzał tańce w naszym rozumieniu, a więc tańce mężczyzn z niewiastami? A może idźmy dalej, zachęcając do nauki tańca, popierał w ten sposób bezwstydne pląsy cheerleaderek, albo i nawet striptizerek? Oczywiście, takie interpretacje owej domniemanej wypowiedzi św. Augustyna były absurdem i nie mamy żadnych jasnych dowodów albo przesłanek na to, iż ów Doktor Kościoła miałby tu mieć na myśli pozamałżeńskie tańce d-m.

Poza tym, św. Augustyn z Hippony uczył, że „Lepiej jest całą niedzielę orać, aniżeli spędzić ją na tańcach”, tak więc z całą pewnością dostrzegał w zabawach tanecznych poważne niebezpieczeństwa.

Pytanie 9: A jakie są dowody na to, iż nagany Ojców i Świętych Kościoła tyczyły się konkretnie tańców d-m, a nie innego rodzaju pląsów?

Prawdą jest, iż w tradycyjnych przestrogach kościelnych skierowanych przeciw tańcom, nie używa się określenia „damsko-męskie” lub „mieszane”. W pierwszych zaś wiekach istnienia chrześcijaństwa pogańska starożytność nie znała też tańców w mieszanych parach.

Jednak również do czasu, gdy w ramach naszego kręgu kulturowego powstał zwyczaj tańczenia w parach, tańców były krytykowane przez Ojców i Świętych Kościoła również za zagrożenia dla cnoty czystości i wstydliwości, które ze sobą one niosły (tak też nie chodziło w tych przestrogach wówczas tylko o ich pogański czy bałwochwalczy charakter – jak twierdzą dziś niektórzy z obrońców tańców d-m). Św. Cyprian sugerował wszak, iż tańce pogan obrazują „pożądliwą” grecką opowieść, zaś dobre pląsy Dawida nie polegały na „wykręcaniu kończyn w obscenicznych ruchach” (przeciwstawiając taniec Dawida tańcom pogan daje do zrozumienia więc, iż te ostatnie polegały na obscenicznych ruchach). Św. Cyprian pisał też, iż tańce pogan są powodem rzucania „niewstydliwych spojrzeń” oraz „zapalania żądz”. Św. Ambroży z kolei, nauczał wprost, iż tańce „są grobem czystości” zaś „dziewczyna, która lubi taniec nie lubi czystości”. Starożytny pisarz Arnobius tak zaś opisuje ówczesne tańce: „W końcu, unosząc swoje pośladki i biodra falują z drżącym ruchem lędźwi”.

Najwyraźniej widać więc, iż również w tańcach rozpowszechnionych przed X wiekiem (czyli czasem, kiedy to powstał taniec w parach) były popularne różne pozy, gesty i ruchu o charakterze zmysłowym, prowokacyjnym i bezwstydnym, których celem było zwrócenie uwagi osób drugiej płci na seksualne walory tańczącej osoby. Ponadto wiemy, iż w niektórych starożytnych tańcach mężczyźni i niewiasty pląsali będąc ubranymi w krótkie stroje, a jeszcze inne z tańców towarzyszyły różnym rozwiązłym i orgiastycznym imprezom. Oczywiście, fakt, iż starożytne tańce miały w sobie również silne elementy nawiązujące do pogańskich religii i duchowości także odgrywał rolę w ich krytyce przez Ojców i Świętych, ale nie był to motyw jedyny i wyłączny. Poza tym, nie da się też często oddzielić pogańskiego charakteru starożytnych tańców od ich nieskromności i bezwstydu, gdyż pogańska duchowość i religijność często była powiązana z erotyzmem (np. kulty falliczne, gdzie obiektami czci były wizerunki narządów płciowych, świątynna prostytucja, wyobrażenia o rozwiązłym życiu poszczególnych bóstw pogańskich, etc.).

Kiedy od X wieku zaczął upowszechniać się zwyczaj tańczenia w mieszanych płciowo parach, krytyka i nagany wobec tańców nie ustawały, będąc wciąż obecnymi i ponawianymi ze strony autorytetów kościelnych. W podręcznikach apologetycznych i teologii moralnej pisano przy tym iż „tańce osób różnej płci (są) nadzwyczaj niebezpieczne”. Poza tym, krytykowane tańce zwane są również „balami” albo „tańcami towarzyskimi” (nieraz wymieniając je z nazwy, czyli np. walc, polka, mazurek, tango). Zarówno „bale”, „tańce towarzyskie” oraz walc, mazurek, polka, tango mają zaś charakter damsko-męski.

Gdy zaś mowa była o nielicznych skromnych i niewinnych tańcach, zazwyczaj zaznaczano, iż polegają one na rozdziale płci. I tak, choćby ks. Jakub Wujek opisując biblijne tańce stwierdza, iż „tam niewiasta i mężczyzna osobno tańcowały, nie tak się mieszali, jako dziś u nas w obyczaj weszło”, zaś ks. Antoni Cząstka omawiając niektóre z moralnie prawowitych tańców ludów pierwotnych zaznacza, iż: „tańczą zwyczajnie sami mężczyźni”.

Pytanie 10: A może Ojcowie i Święci Kościoła ganiąc tańce d-m mieli na myśli tylko niektóre z nich, a nie ich ogół czy zdecydowaną większość?

Ojcowie i Święci Kościoła oraz inne autorytety kościelne (np. wybitni teolodzy, biskupi zgromadzeni na lokalnych zebraniach, etc.) wyrażali się o tańcach w ich czasach rozpowszechnionych w sposób dający jasno do zrozumienia, iż ganią oni przynajmniej ogromną większość z nich. W ich wypowiedziach padają wszak stwierdzenia w rodzaju: „w każdym tańcu czart bierze udział” (św. Jan Chryzostom); „w dobie obecnej, gdzie wszystkie prawie tańce obrażają uczucia moralności i przyzwoitości przez nieprzystojne gesty i układ ciała tańczących” (ks. Franciszek Spirago); „niemoralne tańce tak bardzo i u nas rozpowszechnione” (ks. Ildefons Bobicz) . Ponadto, gdy mowa jest o tańcach niewinnych i niegroźnych, to dodaje się przy tym, iż „są to wyjątki, ale bardzo rzadkie”(ks. Guillois).

Pytanie 11: Co zatem z niektórymi osobami kanonizowanymi lub beatyfikowanymi przez Kościół, które uczęszczały na tańce d-m, np. św. Joanną Berettą-Mollą, św. Jadwigą Andegaweńską?

Zauważmy najpierw, iż w wypadku niektórych z owych (raczej nielicznych) uznanych przez Kościół świętymi lub błogosławionymi osób, znajomość szerszego kontekstu pozwala mocno wątpić, czy rzeczywiście dla tych ludzi uczęszczanie na imprezy taneczne było przyjemnością i rozrywką, którą ci szukali. Na przykład w żywocie błogosławionego Jerzego Frassati czytamy, iż co prawda w ramach rodzinnych powinności, bywał na balach, jednak jednocześnie „bardzo ich nie lubił” i korzystał z każdej sposobności, by od nich uciekać. Z kolei, odnośnie św. Joanny Molli mówi się, że co prawda uczęszczała na bale i „kochała taniec”, ale nie należy zapominać o tym, iż chodziła ona na te imprezy ze swym własnym mężem. Co do zaś św. Jadwigi Andegaweńskiej to raczej nie znamy jej wewnętrznej motywacji, z którą ta godziła się uczestniczyć w tańcach d-m będąc jeszcze panną. Być może w praktyce stosowała się ona do rady, którą co prawda nie za jej życia, ale później wyartykułował cytowany już tu wcześniej św. Franciszek Salezy (który jednak powtarzał w tym względzie za częścią innych nauczających przed nim moralistów), iż jeśli „w żaden sposób nie można wymówić się od pójścia na bal”, można tam iść, ale należy tańczyć jak najmniej, przywołując przy tym myśli o tym, ile dusz gorzeje w piekle z powodu tańców, etc. Przypomnijmy zaś, że w czasach św. Jadwigi Andegaweńskiej istniała presja – zwłaszcza na dworach królewskich i książęcych – ze strony rodziców – w kierunku posyłania dzieci na tańce i bale, gdyż rozrywki te były uważane za wyraz dobrego tonu oraz sposób na zapoznanie kandydata/kandydatki na współmałżonka. Niewykluczone jest więc, że i św. Jadwiga Andegaweńska stawała przed podobnym naciskiem i była rozdarta pomiędzy z jednej strony powinnością posłuszeństwa wobec rodziców, z drugiej zaś obowiązkiem unikania okazji do grzechu.

Koniec końców zaś, należy zauważyć, iż przestrogi wobec tańców d-m były formułowane przez Świętych, którzy mieli udział we władzy nauczycielskiej Kościoła, tak też jak już to oni podawali nam normy, które powinno się przestrzegać. To zaś, że jakiś Święty czy Błogosławiony w praktyce życiowej czynił tak czy inaczej ma niższą od tego rangę, gdyż jest przykładem z życia, a nie nauczaniem doktryny wiary i moralności. Innymi słowy to, że ten czy inny Święty coś uczynił ma zdecydowanie mniejszą rangę doktrynalną od nauczania podawanego przez Świętych.

Pytanie 12: Czy Święci mogli się mylić w swej krytycznej ocenie tańców damsko-męskich?

Owszem mogli się mylić, tak jak czasami mylili się w niektórych innych kwestiach. To pytanie jednak można odwrócić i rzecz: „Jakie, poza swoją sympatią wobec tańców d-m masz dowody czy przesłanki na rzecz tezy, iż rzeczywiście Święci pobłądzili w swej zdecydowanie krytycznej ich ocenie?”. Nie wystarczy bowiem powiedzieć, że ktoś „może się mylić”, by za chwilę stwierdzić, iż ów „na pewno się mylił”. Poza tym, dlaczego mielibyśmy przyjmować, iż w sprawie tańców d-m Święci pomylili się z całą pewnością, za to nie mylą się odnośnie ich ci, których heroiczności cnót oraz doktrynalnej prawowierności póki co Kościół oficjalnie nie uznał ani nie potwierdził?

Pytanie 13: Czy Magisterium Kościoła wypowiedziało się na temat tańców i balów?

Owszem na ten temat wypowiadało się przynajmniej Magisterium Kościoła na swych niższych szczeblach (czyli lokalne zgromadzenia biskupów, poszczególni biskupi w listach kierowanych do swych diecezjan, etc.). I tak np. Synod w Laodycei nauczał w kanonie 53: „Chrześcijanie, którzy uczestniczą w przyjęciach weselnych, nie powinni skakać ani tańczyć, lecz z powagą spożyć obiad lub inny posiłek, tak jak to przystoi chrześcijanom” , arcybiskup Walsh w skierowanym do swych diecezjach z Dublina liście piętnował jako „odrażające” „polki i walce”, zaś biskupi USA zgromadzeni w 1868 roku na II Synodzie Plenarnym w Baltimore uczyli: „te tańce, które są powszechnie nazywane WALCAMI I TAŃCAMI TOWARZYSKIMI, postanawiamy, że nie mają one być nauczane ani tolerowane w collegeach, akademiach i szkołach diecezji, nawet celem rekreacji osób tej samej płci”. Z kolei, biskup William George McCluskey w swym dekrecie z dnia 3 czerwca 1903 roku postanawiał: „W obliczu szokująco nieprzyzwoitego stylu współczesnego tańca ZAKAZUJEMY TAŃCÓW WSZELKIEGO RODZAJU na wszelkich jarmarkach, piknikach zabawach czy wycieczkach”, zaś biskup Lefevre z diecezji Detroit, w wydanym przez siebie w październiku 1850 roku liście pasterskim do księży i wiernych ganił pojęcie „balów charytatywnych” uzasadniając to tym, iż nie powinno się przyjmować, iż „Bóg przyjmie jako prawy i chwalebny akt tak zwanego miłosierdzia, dokonany z pomocą balów i tańców, wśród tych wszystkich niebezpiecznych i występnych okoliczności, które, szczególnie w naszych czasach, im towarzyszą”.

Czasami zaś, takie krytyczne wypowiedzi wobec tańców i balów pojawiły się z jeszcze wyższych szczebli hierarchii kościelnej. Znana jest wszak wypowiedź papieża Benedykta XIV, w której ten oświadczył, iż: „Ze względu na sposób, w który teraz się odbywają, tańce z ledwością mogą być dozwolone, PONIEWAŻ, W WIĘKSZOŚCI SĄ ONE OKAZJĄ DO GRZECHU”. W odniesieniu zaś do do tańca zwanego „tangiem”, w imieniu papieża św. Piusa X głos zabrał jego Wikariusz Generalny, kardynał Basilio Pompili, który w liście pasterskim z 1914 roku potępił ów taniec.

Pytanie 14: Czy jednak tradycyjnie katolickie nagany wobec pozamałżeńskich tańców damsko-męskich nie są dziś już nieaktualne oraz przestarzałe?

Ten argument jest często podnoszony przez obrońców tańców d-m. Mówią oni, że zmieniła się wszak od tych czasów nasza kultura, a także podniósł się próg erotycznej wrażliwości większości ludzi, wskutek tego co, nawet pewne rzeczy, które mogły kusić i prowokować do grzechu dawniej, dziś już tak na ludzi nie oddziałują.

Chwila spokojniejszej refleksji pozwala jednak poddać w zasadniczą wątpliwość celność powyższego argumentu. Otóż, choć owszem próg seksualnego podniecenia podwyższa się wskutek wielu czynników (wieku, mniejszej bądź większej styczności z treściami o charakterze erotycznym, itp.) to występowanie biologicznej reakcji podniecenia nie jest jeszcze absolutnym kryterium rozeznawania czy dana sytuacja jest czy nie jest okazją do grzechu. Można wszak być kuszonym do grzechu, a nie odczuwać przy tym seksualnego podniecenia. Na przykład, prawdopodobnie większość mężczyzn powyżej 20 roku życia wychowanych w naszym kręgu kulturowym nie odczuwa podniecenia seksualnego na widok ubranych w samą bieliznę modelek, które przyjmują przy tym mniej lub bardziej zmysłowe pozy. Jednak, i tak nie oznacza to, iż jest czymś bezpiecznym celowe i zamierzone przypatrywanie się takim widokom – im dłużej będzie się na nie patrzeć, tym bowiem bardziej będzie się kuszonym do pójścia dalej, oglądania coraz śmielszych zdjęć, co nieraz może skończyć się obcowaniem z jawną pornografią. Tak też, nawet, gdyby większość dzisiejszych tańców d-m nie wywoływała wskazanej wyżej reakcji nie oznaczałoby to jeszcze, że na pewno nie są one okazją do grzechu.

Poza tym, nawet jeśli zmieniła się nasza kultura i zwiększył poziom erotycznej wrażliwości większości ludzi, to tańce d-m też uległy zmianie i to bynajmniej nie w kierunku mniejszej poufałości i bliskości pomiędzy płciami oraz większej skromności, ale wprost odwrotnie. Główny nurt tańców d-m z dekady na dekadę ewoluuje w kierunku coraz większej zmysłowości, obsceniczności, lubieżności oraz bezwstydu. To co jeszcze przed 10 czy 20 laty, wzbudzało w tej dziedzinie niesmak i zakłopotanie dziś zaczyna być popularne i uznawane za całkiem stosowne. Ja sam wszak pamiętam, jak przed niecałymi 10 laty moi dyskutanci oburzali się na taniec zwany „bachatą”, jak na niesamowicie rozwiązły i obsceniczny, a obecnie z pochwałami oraz aprobatą tego tańca spotykam się nieraz nawet pośród konserwatywnych i pobożnych katolików.

Nawet więc, gdyby uznać, iż niektóre z ganionych niegdyś przez autorytety kościelne tańców d-m nie zasługują już współcześnie na podobną krytykę, to i tak można spokojnie powiedzieć, że w odniesieniu do ogromnej większości współcześnie istniejących tańców należy powtórzyć to co Kościół nauczał dawniej, a więc, że:

„Ogółem wziąwszy, należy KAŻDEMU TAŃCÓW STANOWCZO ODRADZAĆ, od nich wstrzymywać, zwłaszcza w dobie obecnej, gdzie WSZYSTKIE PRAWIE TAŃCE obrażają uczucia moralności i przyzwoitości przez nieprzystojne gesty i układ ciała tańczących. U BARDZO WIELU ludzi wyradza się taniec w namiętność, obudza w nich złe skłonności, zabija w nich ducha pobożności, a tak prowadzi do coraz większego rozluźnienia obyczajów i zepsucia” ( Ks. Franciszek Spirago, „Katolicki Katechizm Ludowy”, Warszawa-Mikołów, cz. II, 1906 r. s. 401).

Pytanie 15: Dlaczego zatem współcześnie w Kościele katolickim nie zwraca się uwagi na niebezpieczeństwo głównego nurtu tańców damsko-męskich, a wręcz przeciwnie nawet są one nieraz chwalone i propagowane przez osoby duchowne?

Ogólnie rzecz biorąc jest to wynikiem kryzysu, jaki trapi Kościół katolicki od około 50 lat, a który polega między innymi na tym, iż pewne aspekty nauczania katolickiego są albo niemal całkowicie nieznane albo też lekceważone przez wielu duchownych.

W ciągu tego czasu wielu renomowanych teologów kościelnych ośmielało się negować bądź poddawać w wątpliwość niejedną z najbardziej podstawowych zasad moralnych, tj. zakaz aborcji, eutanazji, antykoncepcji, masturbacji, homoseksualizmu, nierządu, rozwodów, kłamstwa, etc. Ten bunt przeciw katolickiej nauce moralnej doprowadził też do tego, iż nauczanie o niemoralności wspomnianych wyżej uczynków znikło z niejednego kościoła, zwłaszcza na Zachodzie. Wierni mieszkający w tych krajach mówią, iż można całymi latami regularnie chodzić do tamtejszych kościołów katolickich i nie usłyszeć choćby jednej jaśniejszej wskazówki w tego rodzaju kwestiach. Nie można się zatem dziwić, iż w czasach, w których obrona elementarnych zasad moralnych nieraz przychodzi duchownym z niemałym trudem, tradycyjne nauczanie o tańcach damsko-męskich będzie znane, szanowane i cenione. Właśnie w tym należy upatrywać powszechnej nieznajomości wśród katolickiego duchowieństwa owej prawdy.

Co jednak warto podkreślić mimo tego całego zamieszania, milczenia, a nawet praktycznej aprobaty, jaką wobec tańców damsko-męskich wykazuje dziś wielu katolickich duchownych nie postał ani jeden oficjalny kościelny dokument, w którym takowe tańce byłyby chwalone albo doradzane katolikom. Co więcej, w żadnym kościelnym dokumencie wydanym w ostatnich 50 latach nie poddano rewizji tradycyjnego nauczania o tym, iż tańce d-m zazwyczaj są poważnym niebezpieczeństwem grzechu.

Pytanie 16: A jak zatem tłumaczyć fakt, iż papież Franciszek w młodości tańczył tango, a po latach jako kardynał przyznawał się do tego bez skrępowania, tak jakby nie było w tym nic niestosownego?

Przede wszystkim zauważmy jedno: nawet jeśli papież Franciszek jeszcze jako kardynał Bergoglio wyrażał się z aprobatą o swej dawnej miłości do tańca zwanego tangiem, to wyznanie owe zostało uczynione w takiej formie i okolicznościach , iż w żaden sposób nie zobowiązuje to jakiegokolwiek katolika do uznawania owego tańca za dobrą, niewinną i bezpieczną rozrywkę. Kardynał Bergoglio mówił bowiem na ten temat w wywiadzie książkowym, jaki udzielił jednemu z wydawnictw, a nie uczynił tego korzystając ze swej mandatu do nauczania innych chrześcijan, a więc np. za pośrednictwem ogłoszonego przez siebie listu pasterskiego, dekretu czy choćby wygłoszonego w kościele kazania lub homilii. To już niepomiernie większą rangę doktrynalną w kwestii moralnej oceny tanga ma wspomniany wyżej list pasterski kard. Pompili, w którym ów w imieniu i za aprobatą św. Piusa X zdecydowanie potępił tango.

Jeśli zaś chodzi o sam fakt przyznawania się papieża Franciszka do miłości, jaką on darzył w swej młodości tango, to na pocieszenie można powiedzieć, iż inni papieże byli znani z o wiele gorszych rzeczy niż to – np. Aleksander VI urządził bankiet z udziałem prostytutek na którym kobiety te uprawiały seks na oczach gości z męskimi służącymi, Jan XII zaś wzywał przy grach hazardowych imiona pogańskich bożków, był notorycznym cudzołożnikiem i uwodzicielem kobiet, zmarł zaś w ramionach cudzej żony. Przy tego typu publicznie znanych ekscesach niektórych papieży miłość kardynała Bergoglio do tanga jawi się niczym zestawienie popalania papierosów przez niesfornych ministrantów z byciem nałogowym pijakiem albo narkomanem. Mówiąc zaś bardziej konkretnie, nie każdy choćby i publicznie znany czyn tego czy innego papieża od razu zasługuje na pochwałę, aprobatę czy tym bardziej naśladowanie. Tym bardziej, jeśli świętość danego papieża nie została jeszcze oficjalnie potwierdzona i rozeznana przez Kościół.

Pytanie 17: Czy jednak niechęć wobec tańców damsko-męskich nie jest charakterystyczna dla pewnych rygorystycznych i fundamentalistycznych nurtów protestantyzmu w rodzaju purytan, amiszów, baptystów?

Jest prawdą, iż wielu co bardziej konserwatywnie nastawionych protestantów de facto powtarzało i powtarza nauczanie Świętych na temat poważnego niebezpieczeństwa tańców d-m (nawet jeśli w sensie literalnym takowego nie zna), tak jak zresztą czyni to w odniesieniu do innych kwestii wiary i moralności (czyli np. boskości Pana Jezusa, niegodziwości zabijania niewinnych ludzi, wewnętrznego zła praktyk homoseksualnych, etc. – nikt jednak nie twierdzi wszak, iż np. brak akceptacji dla homoseksualizmu jest „protestancki z ducha”). Jest też prawdą, iż w wymiarze praktycznym niechęć wobec tańców d-m była częściej wcielana w życie wśród protestantów aniżeli pośród katolików. Czego to jednak ma niby dowodzić? Że niechęć wobec tańców d-m jest protestancka, purytańska i niekatolicka, gdyż chętniej w praktyce częściej jest ona spotykana wśród protestantów niż wśród katolików? Jeśli tak, to musielibyśmy również stwierdzić, iż zgodny z nauczaniem katolickim jest też np. synkretyzm religijny i okultyzm, albowiem takie fałszywe kulty nim naznaczone jak VooDoo, santeria, macumba czy „Santa Muerte” tradycyjnie rozwijały się mocno w społecznościach katolickich Ameryki Łacińskiej, zaś wśród protestantów nie cieszyły się popularnością (i żeby było jasne, ten problem był już widoczny przed Vaticanum II). Zgodnie z takim założeniem doszlibyśmy też, iż zorganizowana przestępczość w rodzaju mafii jest zgodna z katolicką moralnością, wszak ów „fenomen” też był typowy dla krajów katolickich (Włochy) oraz dla społeczności katolickich (Włosi i Irlandczycy), zaś w społecznościach protestanckich nie uległ rozwinięciu i popularyzacji. Moglibyśmy wreszcie dojść do wniosku, iż skoro katolicy w USA częściej i chętniej głosują na pro-aborcyjną Partię Demokratyczną aniżeli tamtejsi protestanci, a ponadto więcej z nich popierało instytucję homo-małżeństw, to w takim razie chyba tak legalność aborcji jak i homoseksualne małżeństwa są z ducha bardziej katolickie niż protestanckie. Ba, można by nawet dojść do wniosku, iż nie tylko popieranie legalności aborcji, ale nawet jej wykonywanie jest bliższe ducha katolicyzmu niż protestantyzmu, bo wszak katoliczki w USA zabijają swe poczęte dzieci częściej niż protestantki w tym kraju.

Pytanie 18: Dlaczego więc niektórzy tradycjonalistyczni katolicy wypowiadają się albo zachowuję się tak, jakby nie podzielali nauczania Świętych na temat poważnego niebezpieczeństwa tańców damsko-męskich?

Owszem, jest zauważalna wśród tradycjonalistycznych katolików zarysowana wyżej postawa i pogląd, trudno jednak określić na ile jest ona reprezentatywna dla większej części tego środowiska. Z pewnością można jednak powiedzieć, iż postawa wybiórczego i selektywnego podejście do nauczania katolickiego jest obecna niestety także w owym środowisku, czego dowodem jest choćby to, że mnie jako autorowi tego tekstu, zdarzało się nieraz już słyszeć od osób związanych z tymi kręgami opinie jeszcze bardziej odbiegające od tradycyjnego nauczania Kościoła niż pochwała albo aprobata tańców damsko-męskich. Na przykład, nieraz byłem świadkiem wygłaszania opinii, iż cudzołóstwo, homoseksualizm oraz pornografia nie powinny być karane i zakazywane przez władze cywilne, gdyż „państwo nie jest stróżem moralności” (co jest sprzeczne z nauczaniem choćby św. Piusa V i Piusa XI na ów temat). Czasami słyszałem zaś nawet tam poglądy usprawiedliwiające udział w pojedynkach (mimo ekskomuniki nałożonej zań przez Sobór Trydencki), a jakby tego było mało niektórzy tradsi sugerowali, iż modlitwa przed jedzeniem jest „zwyczajem protestanckim” (chociaż takowa była polecana np. przez Sobór Nicejski II, który wszak odbywał się na prawie 800 lat przed powstaniem protestantyzmu). Mógłbym pisać jeszcze wiele o podobnych nadużyciach, herezjach i wypaczeniach, które można zaobserować w środowiskach tradycjonalistycznych, a więc np. zamiłowaniu do libertarianizmu, rasizmu, wulgarnej mowy, pijaństwa, muzyki heavy-metalowej, etc.

Myślę jednak, iż bardziej reprezentatywne dla nurtu zwanego katolickim tradycjonalizmem są wypowiedzi księży z nim związanych, a te w odniesieniu do tańców damsko-męskich, na ile było dane mi je poznać, zwykle były mniej lub bardziej krytyczne. Przykładowo, przełożony generalny FSSPX, biskup Bernard Fellay, zapytany o to przeze mnie w rozmowie, odparł, iż „Tańce damsko-męskie zazwyczaj są bliską okazją do grzechu (…) Praktycznie nie można znaleźć współczesnych tańców, które nie byłyby złe albo niebezpieczne (…) Przykład postawy, jaką względem tańców przyjmowali tacy święci jak św. Proboszcz z Ars czy św. Alfons Liguori pokazuje, że także tradycyjne tańce były niebezpieczne”. Z kolei, ks. Edward Wesołek z Bractwa św. Piusa X pisał na ów temat: „Przekazałem jednak, co o tańcach naucza Kościół – że są niebezpieczne, że stanowią okazję do grzechu, a w wielu „nowoczesnych” formach z całą pewnością są grzeszne. A więc podpowiadam, jak na postępować człowiek, który wierzy i ufa Bogu”.

Owszem, zdarzają się tradycjonalistyczni księża biorący w obronę sporą część z tańców d-m, czego przykładem jest ks. Roman Kneblewski, który odważył się nawet twierdzić, iż nie ma niczego niestosownego czy niebezpiecznego w tańcu znanym jako walc (mimo, że wielu biskupów i teologów katolickich określało ów jako wręcz zły sam w sobie i stanowiący grzech śmiertelny), jednak wśród głosów innych duchownych z tego kręgu wypowiadających się na ów temat wydają się być one mniejszością. Ponadto, jeśli przyjrzeć się bardziej szczegółowo wypowiedzi ks. Kneblewskiego na ów temat to prezentowana przez niego argumentacja jest tu bardzo słaba, kulawa, odwołująca się do emocji, bezkrytycznego zapatrzenia w dawne czasy („kiedyś to były tańce”) czy naszą polską tradycją narodową („ach te nasze piękne polskie tańce”).

TAŃCE DAMSKO-MĘSKIE W ŚWIETLE ZDROWEGO ROZSĄDKU

Pytanie 19: Na czym polega problem pozamałżeńskich tańców damsko-męskich? Czy są one zawsze złe i grzeszne, czy może kłopot z nimi jest innego rodzaju?

Problemem pozamałżeńskich tańców d-m nie jest to, że są one ze swej natury (a więc zawsze, wszędzie i w każdych okolicznościach) złe, grzeszne i występne. Ich problemem jest to, że ze względu na swą specyfikę, która praktycznie zawsze wiąże się z wyraźnym przekraczaniem naturalnych i/lub kulturowych kanonów bliskości cielesnej, poufałości i skromności pomiędzy płciami, stwarzają one mniej lub bardziej poważne niebezpieczeństwo popadnięcia w grzech. Zasadniczo zaś rzecz biorąc dotyczy to wszystkich tańców d-m, w których pomiędzy tańczącymi zachodzi kontakt cielesny. Oczywiście, pośród tych tańców istnieją jedne są mniej, a drugie bardziej niebezpieczne. Jednak należy zauważyć, że nawet w takich „tradycyjnych” tańcach d-m formy bliskości cielesnej, jakie się w nich przyjmuje, przekraczają nawet i dziś przyjęte kanony bliskości cielesnej i poufałości pomiędzy płciami. Na przykład, nawet współcześnie, słabo znający się ze sobą mężczyzna i niewiasta nie pozwolili by sobie na dłuższe trzymanie się z ręce, obejmowanie swych ramion, itd., gdyż słusznie uznaliby coś takiego za sygnał wejścia ze sobą na większy stopień wzajemnej zażyłości i poufałości charakterystyczny dla jakiejś romantycznej relacji i tym podobnych form znajomości. Proszę jednak zauważyć, że w tańcach d-m coś takiego jest aprobowane, gdyż mówi się, że „przecież to tylko taniec” i „taka jest konwencja tańca” – czy jednak nie jest to diabelska zasadzka i niebezpieczeństwo przyjmowanie takich zbyt łatwych wytłumaczeń dla przekraczania normalnie przyjętych kanonów bliskości i poufałości pomiędzy płciami?

Prawdę o tym, iż pozamałżeńskie tańce d-m zazwyczaj rodzą poważne niebezpieczeństwo grzechu można porównać do innej sytuacji, a mianowicie do wspólnego mieszkania ze sobą niepoślubionej sobie pary. Mianowicie i w tym drugim wypadku, nie można powiedzieć, że wspólne mieszkanie jest ze swej natury, a więc zawsze, wszędzie i w każdych okolicznościach grzeszne. Nie zawsze bowiem musi się ono kończyć seksem albo innymi czynnościami o charakterze erotycznym. Jednak zazwyczaj takie mieszkanie ze sobą będzie wiązało się z poważnym niebezpieczeństwem popadnięcia w takie grzechy. Taka sytuacja będzie już na tyle mocno łamała granicę bliskości i intymności pomiędzy płciami, że zawarty w niej potencjał zagrożenia zdecydowaną większość ludzi faktycznie i tak sprowokuje do takiego czy innego grzechu przeciw cnocie czystości. I choć również w wypadku wspólnego mieszkania ze sobą niepoślubionych sobie par można zastosować różnego rodzaju środki ostrożności mogące łagodzić niebezpieczeństwo tej sytuacji (np. można spać w osobnych łożach, skromnie się ubierać, nie patrzeć na bezwstydne rzeczy w TV) to już sama sytuacja mieszkania ze sobą pod jednym dachem będzie poważnym niebezpieczeństwem i pokusą popadnięcia w grzech.

Pytanie 20: Czy poza tańcami damsko-męskimi, które należy nazwać niebezpiecznymi są też takie o których powinno się powiedzieć, iż są tańcami wprost, jawnie i samymi w sobie grzesznymi oraz występnymi?

Oczywiście, poza tańcami d-m, z którymi wiąże się poważne niebezpieczeństwo grzechu, ale które nie są jeszcze grzechem „per se”, z pewnością istnieje wiele tańców d-m, które można nazwać wprost złymi i grzesznymi, gdyż pozy, gesty i ruchy w nich przewidziane są jawnym naśladowaniem różnych czynności seksualnych i trudno sobie wyobrazić, by np. zdrowy mężczyzna tańcząc je dla rozrywki nie odczuwał przy nich biologicznego podniecenia. Takimi tańcami d-m jest przede wszystkim cała plejada tańców pochodzenia latynoamerykańskiego, a więc np. tango, salsa, rumba, lambada, bachata. Takie jawnie występne i grzeszne tańce d-m są też eksponowane w popularnych programach w rodzaju „Taniec z gwiazdami”. Trzeba zaś podkreślić, iż wedle tradycyjnej moralistyki katolickiej, szukanie seksualnego podniecenia oraz dobrowolne w nim trwanie jest działaniem występnym i grzesznym (oczywiście mowa jest to o działaniach poza małżeństwem). I nie jest w tym momencie najważniejsze, czy dane działanie nie oznacza seksu albo peetingu,ale np. pocałunki, lekkie dotknięcia czy takie albo inne taneczne ruchy – jeśli ma się świadomość, iż wywołają one w nas seksualne podniecenie to trzeba ich unikać, gdyż inaczej czyni się źle i grzesznie. Rzecz jasna, grzechem nie jest mimowolne podniecenie seksualne (gdyż te jest naturalną reakcją organizmu), ale grzeszną występnością jest szukanie takiego podniecenia i dobrowolne, zamierzone w nim trwanie. W przypadku zaś tańców, które w jawny sposób i „na pierwszy rzut oka” naśladują różne czynności seksualne, i o których się wie, iż ich zatańczenie wywoła takowe podniecenie, to trudno nie mówić, że angażowanie się w takowe nie jest samo w sobie grzeszne i występne.

Pytanie 21: Stwierdziliście, iż tańce damsko-męskie zazwyczaj są „bliską okazją do grzechu”, a więc grzechem jako takim nie są, czyli można je wykonywać. Poza tym niemal każda sytuacja może stać się okazją do grzechu.

Wedle tradycyjnej teologii moralnej znajdowanie się w bliskiej okazji do grzechu bez ważnej ku temu przyczyny, z czystej ciekawości lub dla rozrywki jest równoznaczne z grzeszeniem, albowiem w lekkomyślny sposób wystawia się wówczas duszę na niebezpieczeństwo. Owszem, w pewnych sytuacjach jest moralnie dozwolone pozostawanie nawet w bliskiej okazji do grzechu, ale musi być to uzasadnione mniejszą bądź większą koniecznością i należy wówczas zachować prz tym szczególne środki ostrożności. Na przykład sędziowie w ramach swych zawodowych obowiązków czasami muszą zapoznawać się z materiałami obscenicznymi, ale nie powinni tego robić dla rozrywki, poza tym winni unikać patrzenia na nie dłużej niż wymagają ich od zawodowe czynności, a wiedząc, iż zetkną się z takimi rzeczami winni tym więcej się modlić o Bożą ochronę, czytać Pismo święte i inne pobożne lektury, etc. Tradycyjni moraliści twierdzili też, iż jest dozwolone dla młodej żony by nękana przez nalegania swego męża poszła z nim na jakieś niebezpieczne widowisko teatralne (w celu ocalenia pokoju domowego), jednak powinna przed takim wyjściem pomodlić się i czytać książkę pobożną, w czasie pobytu w teatrze co pewien czas wznosić swe myśli do Boga, a po powrocie poddać szczegółowej analizie treść takiego widowiska. W każdym razie, moralnie niedozwolone jest angażowanie się w sytuacje bardzo niebezpieczne dla duszy dla przyjemności, rozrywki, ciekawości lub tym podobnych błahych przyczyn. Nie powinno się też, nawet dla ważnych przyczyn samemu szukać bliskiej okazji do grzechu, ale jeśli już można być w takiej sytuacji, gdy niejako jest ona nam narzucana z zewnątrz Przykładowo, nie należy z własnej inicjatywy odwiedzać domów publicznych po to by nawracać pracujące tam osoby, ale jest moralnie dopuszczalne by w ramach wykonywanej przez siebie pracy szedł tam policjant w celu aresztowania bądź przesłuchania znajdujących się tam osób.

Nie można też relatywizować niebezpieczeństwa głównego nurtu tańców d-m poprzez mówienie, iż „wszystko może być okazją do grzechu”. Owszem, w pewnych okolicznościach każda sytuacja może stać się okazją do grzechu (nawet wizyta w kościele), tym nie mniej jednak okazje do grzechu dzielą się na „dalsze” (w tych, których grzeszy się rzadko) oraz „bliższe” (wówczas, gdy dana sytuacja zwykle i często kończy się grzechem). Stanowczy zaś moralny obowiązek unikania okazji do grzechu, tyczy się bliskich, a nie dalszych okazji do grzechu. Ponadto, nie jest też tak, że nie da się powiedzieć, iż pewne sytuacje czy okoliczności nie są bliską okazją do grzechu dla większej części ludzi. Owszem, doświadczenie życiowe, jak również zdrowy rozsądek pozwalają nam coś takiego stwierdzić wobec wielu sytuacji. O ile dla wielu ludzi bliską okazją do grzechu nie będzie wypicie małej ilości alkoholu, pójście do w miarę normalnej restauracji, kawiarni to jednak dla większości ludzi taką bliższą sposobnością do nieprawości będzie np. patrzenie na bezwstydne teledyski, odwiedzanie klubów ze striptizem, mieszkanie z obcą kobietą pod jednym dachem czy też właśnie pozamałżeńskie tańce d-m.

Pytanie 22: Wielu ludzi mówi jednak, że nigdy nie zgrzeszyło wskutek tańców damsko-męskich, sugerując przy tym, że ewentualne problemy z nimi związane mogą mieć osoby szczególnie słabe bądź nadwrażliwe w sferze erotycznej. Co można odpowiedzieć na ich obiekcje?

Można na to odpowiedzieć, iż z tańcami d-m jest pod tym względem podobnie jak z narkotykami. Jedni ludzie mówią, iż one im szkodzą, a inni, że nie szkodzą, gdyż potrafią przy ich stosowaniu zachować umiar i kontrolę. Która z tych dwóch grup ludzi ma więcej racji? Która jest bardziej reprezentatywna dla ogółu, a która jest mniejszością? O ile w wypadku narkotyków łatwiej jest odpowiedzieć na te pytania, gdyż od wielu lat są prowadzone liczne i rozległe badania odnośnie skutków ich oddziaływania na ludzi, o tyle trudniej jest to uczynić w stosunku do tańców d-m, gdyż nawet jeśli podobne badania były i odnośnie nich prowadzone, to czyniono to znacznie rzadziej i na o wiele mniejszą skalę. W kwestii szkodliwości moralnej tańców d-m jesteśmy więc siłą rzeczy skazani na rozeznanie oparte na pewnych intuicjach, przeczuciach, życiowym doświadczeniu, jak i wreszcie zaufaniu do duchowego doświadczenia i rozeznania osób, których autorytet w dziedzinie prawowierności i świętości życia został oficjalnie uznany i potwierdzony przez Kościół, czyli Świętych i błogosławionych.

Oczywiście, niejednokrotnie ludzie mówią, że nigdy nie zgrzeszyli wskutek tańców d-m, jednak czy – nie kwestionując tego, iż sami mogą o tym być subiektywnie przekonani – można mieć pewność, iż rzeczywiście tak było? Moje doświadczenie rozmów z takimi ludźmi mówi, że bynajmniej o taką pewność w ich wypadku często było trudno. Osoby, które wszak składały takie deklaracje nieraz okazywały się po prostu niewiarygodne jeśli chodzi o szacunek dla cnoty czystości i wstydliwości, np. okazywało się, iż oglądały one bardzo obsceniczne seriale telewizyjne, używały wulgarnej mowy, opowiadały seksualne dowcipy, a czasami nawet tkwiły w nierządzie czy onanizmie. Owszem, można mówić, iż nie ma dowodów na związek pomiędzy takimi ich złymi zwyczajami, a uczestnictwem w tańcach d-m, ale bynajmniej nie ma też pewności, że takowego powiązania tu w żaden sposób nie było (a dana osoba poprzez częstość popełniania takich nieprawości po prostu przestawała widzieć część z dróg, które je do nich prowadziły).

Jeszcze inną sprawą jest to, iż ludzie twierdzący, iż nigdy nie zgrzeszyli w związku z tańcami d-m nieraz wydają się mieć po prostu dość rozluźnione i swobodne pojęcie na temat tego, co właściwie jest grzechem w sferze czystości i wstydliwości. Na przykład osoby takie, co prawda mogą jeszcze dostrzegać, iż grzechem śmiertelnym są stosunki pozamałżeńskie, onanizm albo pornografia, ale już nie wiedzą o tym, że wedle nauczania katolickiego tak naprawdę wszelkie gesty, dotyki i pocałunki, z których w mniej lub bardziej zamierzony i świadomy czerpie się przyjemność z stanu podniecenia seksualnego, który mogą one wywoływać, są tak naprawdę grzeszne i występne. Tak więc, mężczyzna, który mówi, że nigdy nie zgrzeszył wskutek tańców d-m może mieć na myśli to, iż co prawda nie przypomina sobie, by dopuszczał się po czymś takim stosunków pozamałżeńskich, masturbacji czy pornografii, ale już może nie uwzględniać tego, iż po tym jak tańczył np. mógł namiętnie całować się ze swoją dziewczyną, czy nawet w trakcie samego tańca być lekko podnieconym, ale lekceważyć ten stan twierdząc, iż „samo podniecenie nie jest przecież grzechem” (tymczasem owszem mimowolne, niezamierzone podniecenie nie jest grzechem, ale świadomie trwanie w tym stanie i nie podejmowanie działań zmierzających przynajmniej do jego ograniczenia, owszem jest już grzeszne).

Jakkolwiek, podniecenie seksualne u mężczyzn w tańcach d-m wydaje się nie być wcale takie rzadkie, są osoby, które twierdzą, iż nigdy nie zgrzeszyły wskutek takowych, gdyż nie odczuwają przy nich takowego podniecenia. To jest także myślowy błąd obrońców tańców d-m. Chociaż bowiem, stan biologicznego podniecenia jest na pewno ważnym sygnałem wskazującym na to, iż dana sytuacja jest grzeszna albo przynajmniej niebezpieczna dla cnoty czystości, to nie jest to jedyne ani absolutne kryterium rozeznawania ryzyka w tej dziedzinie. Może być bowiem wszak nawet tak, iż dana osoby wprost już grzeszy przeciw czystości, np. w zamierzony sposób wywołuje w swym umyśle nieczyste myśli, a nie mimo to nie być jeszcze przy tym podniecona. Może też być tak, że dany człowiek balansuje po linie w tych kwestiach, przypatrując się bezwstydnym reklamom, okładkom czasopism czy obscenicznym teledyskom, ale mimo to nie jest jeszcze seksualnie podniecony – nie oznacza to jednak, że to co on robi jest działaniem roztropnym i bezpiecznym – na dłuższą metę coś takiego doprowadzi daną osobą w końcu do tych czy innych grzechów przeciw cnocie czystości (np. po iluś tam razach beztroskiego patrzenia na zdjęcia atrakcyjnych kobiet w bieliźnie, w końcu sięgnie on po jawną pornografię).

Pomijając już zaś te powyższe deklaracje niektórych osób o tym, iż nigdy nie zgrzeszyły wskutek tańców d-m i związane z nimi wątpliwości, faktem jest, że jak się dobrze wsłuchać w różne wypowiedzi to okazuje się, iż nierzadko różni ludzie przyznają się do tych czy innych grzechów popełnianych wskutek uczestnictwa w imprezach tanecznych. Ponadto, znajomość historii, doświadczenie życiowe i chłodne obserwacje rzeczywistości wydają się mocno uprawdopodobniać tezę, iż rzeczywiście nieraz skutkiem tańców d-m są różne grzechy przeciw cnocie czystości i wstydliwości. Przykładów na to jest mnóstwo, począwszy od fatalnej opinii, jaką pod tym względem cieszą się dyskoteki, poprzez romanse i zdrady małżeńskie będące owocem uczestnictwa w programach „Taniec z gwiazdami”, a skończywszy na rozmaitych opowieściach z tradycyjnych wesel, w których słyszy się o rozmaitych sprośnych zabawach, żartach, a nawet cudzołóstwach w wykonaniu ich uczestników. Z bardziej zaś konkretnych i „policzalnych” danych na ten temat można wspomnieć choćby o tym, iż wedle badań przeprowadzonych przez pismo „Reader Digest” z 1999 roku ponad 75 procent młodych niewiast i 65 procent młodych mężczyzn, którzy nie mieli jeszcze za sobą relacji seksualnych, planowało to zmienić w noc po balu maturalnym, zaś spośród 44 chłopców spytanych o to jakie mieli uczucia wobec dziewczyn z którymi tańczyli, 41 odpowiedziało, że podczas tańca myśleli o seksie. W innym zaś badaniu na 1500 pytanych mężczyzn, dokładnie 1500 z nich, czyli 100 procent stwierdziło, iż nie potrafi tańczyć z kobietą bez „zdrożnych myśli”1. A to wszystko przecież, to i tak jest prawdopodobnie tylko mniejszy wycinek całości, gdyż wiele z grzechów przeciw cnocie czystości i wstydliwości nie wychodzi na światło dzienne – np. nieczyste myśli, które lgną się w głowie a o których najczęściej się nie mówi innym osobom, masturbacja dokonywana potajemnie w ubikacji albo to, że dany chłopiec czy mężczyzna trzymając w tańcu kobietę w objęciach jest przy tym seksualnie podniecony i ów stan mu się podoba. Jeśli więc, i tak przy okazji tańców d-m na jaw wychodzi wiele z występków przeciw cnocie czystości i wstydliwości, to jak wiele dzieje się przy nich złych rzeczy, które przed Sądem Ostatecznym nie ujrzą światła dziennego?

Również dawniejsze czasy dają nam sporo świadectw potwierdzających silne niebezpieczeństwo pozamałżeńskich tańców d-m.

Przykładowo, ok. 1620 r., biskup Autun chcąc dać swej owczarni naukę przeciw tańcom, zasięgnął rady hrabiego de Bussy – Rabutin, człowieka, który znał dobrze rozkosze światowe, sławnego z dowcipu i pism swoich. Taką odebrał odpowiedź:

„Zawsze uważałem bale za niebezpieczne; nie sam tylko rozum skłaniał mnie do tego, ale i doświadczenie; a chociaż świadectwo Ojców Kościoła jest bardzo ważne, sadzę, że w tym przedmiocie świadectwo dworaka światowego większą mieć powinno wagę. Wiem dobrze, że są osoby, które na mniejsze niebezpieczeństwo narażają się w tych miejscach, aniżeli inni; wszelako, najzimniejsze temperamenty tu zapalają się. Zwykle na takie towarzystwo składa młodzież, której trudno przychodzi oprzeć się pokusom w samotności, a tym bardziej w podobnych miejscach. Sądzę więc, że prawdziwemu chrześcijaninowi nie wypada uczęszczać na bale”2 .

Warto w tym kontekście wspomnieć jeszcze o objawieniu, jakie w odniesieniu do ostatnich dni karnawału zostało dane św. Faustynie Kowalskiej, a która pisała na ów temat:

„W ostatnie te dwa dni karnawału poznałam wielki nawał kar i grzechów. Dał mi Pan poznać w jednym momencie grzechy świata całego w dniu tym popełnione. Zemdlałam z przerażenia i pomimo że znam całą głębię miłosierdzia Bożego, zdziwiłam się, że Bóg pozwala istnieć ludzkości” („Dzienniczek”, n. 926, 9 luty 1937 r.).

Choć nie ma w tym objawieniu bezpośrednio mowy na temat tańców d-m, to przecież wiadomym jest jednak, że okres karnawału tradycyjnie wiąże się ze znacznie większą ilością imprez tanecznych niż w innych okresach roku. Nierozsądne byłoby więc mówić, iż ogrom nieprawości popełnianych zwłaszcza w ostatnie dni karnawału nie ma żadnego związku z tańcami d-m.

Pytanie 23: Jednakże czy tańce damsko-męskie nie mają swego określonego kontekstu, który znacznie ogranicza zagrożenia związane z faktem, iż przekracza się w nich granice bliskości, poufałości i skromności?

Ludzie przywołujący ów argument nieraz porównują parkiet taneczny z innymi sytuacjami, w których przekracza się kulturowe i naturalne kanony bliskości, poufałości i skromności, sugerując, iż w takim razie także w tańcach należy uznać takowe łamanie barier za będące zasadniczo OK. Mówią oni np. „Ginekolog dotyka ciała obcej kobiety w najbardziej jej intymnych sferach. W innej sytuacji dostałby za to w twarz, ale w tym wypadku jest to w porządku, gdyż wszyscy rozumiemy konwencję jego zawodu”. Obrońcy pozamałżeńskich tańców zdają się jednak nie zauważać faktu, iż podstawowym kontekstem jest tu właśnie rozrywka i przyjemność. Czy można zaś na poważnie utrzymywać, iż nadanie rozrywkowej konwencji przekraczaniu przyjętych barier bliskości cielesnej i skromności, znacznie ogranicza ich niebezpieczeństwo??? To tak, jakby twierdzić, iż włączenie przez ginekologa relaksującej muzyki, a następnie przystąpienie przez niego do intymnego badania pacjentki ze słowami: „No to czas na rozrywkę” minimalizowało niebezpieczeństwo posunięcia się przez owego za daleko w swej pracy? Jeśli coś ma minimalizować niebezpieczeństwo pewnych gestów i form bliskości to jest to raczej stres, poczucie obowiązku czy rutyna, nie zaś powiedzenie sobie: „No to teraz, chcę się dobrze bawić”.

To właśnie ta konwencja mówiąca: „Spokojnie, to tylko taniec (więc można pozwolić sobie na więcej)” jest zasadzką zastawioną przez diabła.

Podobnie, niewielką rolę w ograniczaniu zagrożeń związanych z pozamałżeńskimi tańcami jest fakt, iż odbywają się one w obecności innych osób (czy jak to kiedyś bywało pod nadzorem rodziców i starszych osób). Oczywiście, pewien wstyd odczuwany wobec innych ludzi może powstrzymać część z tańczących przed najbardziej obscenicznymi gestami czy strojami, ale już cała gama innych następstw tańców pozostaje poza możliwością dostrzeżenia przez osoby postronne. Można bowiem zauważyć, iż chłopiec łapie w trakcie tańca dziewczyną za pośladek, ale już znacznie trudniej jest dostrzec to, że jest on w czasie jego trwania biologicznie podniecony. Bez trudu dostrzeże się szokująco głęboki dekolt danej tancerki, ale już wszystkich nieczystych myśli wywołanych przez taniec nie da się prześwietlić. Być może zauważy się to, iż ta czy inna para tańczących nagle gdzieś zniknęła, ale kto spostrzeże, że ten czy inny chłopak po tańcach poszedł masturbować się do ubikacji?

Pytanie 24: Czy aby na pewno można powiedzieć, iż źródłem przyjemności w tańcach damsko-męski jest cielesna bliskość osoby płci przeciwnej, a nie sam ruch, poczucie rytmu, muzyka?

Jeśli przyjemnością miałby tu być SAM RUCH, to nie powinno mieć znaczenia, czy tańczy się z kobietą, mężczyzną, taboretem czy chociażby psem. Istnienie jednak odrębnej kategorii tańców damsko-męskich dowodzi jednak, ze odmienność płciowa partnerów ma tu istotne znaczenie. A skoro z takimi tańcami zazwyczaj wiąże się wzajemne dotykanie, to zakładając, że ich intencją jest rozrywka, przyjemnością NIE JEST tu sam ruch, ale również poczucie bliskości ciała drugiej osoby, wrażenie zmysłowe związane z jej dotykaniem, etc. I zastrzegam że niekoniecznie chodzi mi tu o przyjemność o charakterze stricte seksualnym.

W rzeczywitości jeśli czyni się taniec d-m DLA ROZRYWKI (nie piszę tu o sytuacjach, gdy intencją takowego nie jest rozrywka, ale np. okazanie grzeczności czy wypełnienie swoiście rozumianego obowiązku), a zwyczajnym oraz silnym elementem takowego tańca jest wzajemne dotykanie się w nim partnerów, to de facto oznacza, iż czerpie się przyjemność z takiego dotykania. I nie mam tu myśli koniecznie przyjemności o charakterze stricte seksualnym (czyli takiej, która płynie z uczucia biologicznego podniecenia odczuwanego w intymnych rejonach ludzkiego ciała). Nawet jednak, gdy w tańcach d-m mężczyzna dotyka niewiasty dla przyjemności, która nie jest jeszcze stricte seksualna, to czy można powiedzieć, iż najpewniej odczuwana przez niego wtedy przyjemność jest taka sama jak miłe uczucie związane z głaskaniem małego puchatego kotka? Oczywiście, że nie. Miło i przyjemnie jest głaskać kota, ale dla normalnego i zdrowego mężczyzny szukanie przyjemności związanej z dotykaniem kobiety nie będzie tym samym. Może to jeszcze nie być przyjemność ściśle erotyczna, ale z pewnością będzie to już wkraczanie na bardzo grząski, śliski i dwuznaczny grunt.

Drążąc jeszcze ten temat: chęć pozamałżeńskiego tańca damsko-męskiego dla rozrywki oznacza de facto powiedzenie do swej tanecznej partnerki; „Hm, wiesz chciałbym Cię trochę podotykać dla przyjemności, niekoniecznie oznacza to, że chcę się przy tym seksualnie podniecać, ale lubię Cię trochę podotykać”. Warto widzieć sprawy, takimi jakimi one są.

Oczywiście, może istnieć wiele powodów, kontekstów i okoliczności, w których dotykanie osoby płci przeciwnej nawet poza małżeństwem nie będzie moralnie problematyczne, złe albo niebezpieczne. Praca ginekologa czy choćby lekarza, który musi nieraz dotykać nawet bardzo intymnych sfer ciała osób płci przeciwnej, nie jest zła, o ile ów człowiek traktuje tę czynność, jako niesienie pomocy pacjentom, a nie okazję do czerpania przyjemności z takiego dotykania. Podobnie należy traktować np. mycie osób chorych i niedołężnych. Ale, w tych i tym podobnych wypadkach, przynajmniej z założenia, nie mamy do czynienia z chęcią czerpania z nich przyjemności czy rozrywki. A zasadniczym kontekstem tańców d-m jest właśnie rozrywka i przyjemność.

Pytanie 25: Jeśli gani się tańce damsko-męskie między innymi za to, iż polegają one na wzajemnym dotykaniu się obcych sobie osób płci przeciwnej, to tym bardziej powinno się piętnować np. jazdę środkami komunikacji miejskiej w godzinach szczytu, gdzie też do takowego dotykania się mężczyzn i niewiast dochodzi?

Choć owszem ścisk nieraz obecny w miejskich autobusach i tramwajach powoduje wzajemne, najczęściej MIMOWOLNE dotykanie się ludzi, trudno porównać to z sytuacją, jaka panuje na tanecznych parkietach. Po pierwsze wszak, owe dotknięcia najczęściej są mimowolne, a nie zamierzone. Wzajemne dotykanie się jest z góry określoną regułą w tańcach d-m, tymczasem w autobusach jest to być może częsty, ale jednak efekt uboczny innych czynników (tłoku, przepełnienia). Po drugie: ludzie jeżdżą autobusami i tramwajami najczęściej nie dla przyjemności, ale z konieczności dotarcia do danego miejsca. Taniec d-m ma być zaś zasadniczo rozrywką.

Pytanie 26: Czy aby na pewno można powiedzieć, iż tańce damsko-męskie są bardziej niebezpieczne niż większość innych sytuacji pomiędzy mężczyzną a kobietą (np. wizyta w kawiarni, wspólna praca, rozmowa na ulicy)?

Czy aby na pewno? Czy mężczyzna siedzący obok nieznanej sobie bliżej niewiasty na ławce w parku ośmieliłby się zapytać ją: „Czy mogę objąć panią za ramiona, albo i w okolicach bioder?” Albo czy chłopak rozmawiający z dziewczyną na ulicy albo w kawiarni powie jej: „Wiesz, choć słabo się znamy, chciałbym trochę cię podotykać w różnych miejscach i mieć z tego pewną przyjemność”?

Pytanie 27: Czy nie jest przesadą twierdzić, iż taniec damsko-męski ma w sobie podteksty erotyczne? Wszak możemy wówczas dojść do wniosku, iż taniec ojca z córką jest wyrazem ich kazirodczych tendencji?

Jest bardzo ciekawym to, iż ludzie, którzy twierdzą, że nie ma żadnych erotycznych i seksualnych podtekstów w tańcach, gdyby znaleźli się w lokalu pełnym tańczących ze sobą walca, tango czy rumbę mężczyzn, momentalnie stwierdziliby, że trafili do klubu dla homoseksualistów. A więc jak kto, przed chwilą, wzajemne uściski, objęcia, dotknięcia i przytulenia dokonywane w tańcach d-m nie miały charakteru erotycznego, ale kiedy już w ten sposób tańczą ze sobą mężczyźni, to jest to ewidentną oznaką ich homoseksualnych tendencji i zamiarów???

Tańce d-m mają w sobie spory ładunek erotyzmu i od dawna mówią o tym nie tylko chrześcijańscy kaznodzieje, ale też świeccy kulturoznawcy, socjologowie czy pisarze, którzy nieraz opisują taniec w kategoriach metafory zbliżenia seksualnego.

Oprócz szeroko tu opisywanych na to dowodów świadczy o tym choćby fakt, iż mężczyźni i chłopcy do tańca najczęściej wybierają te z kobiet i dziewczyn, które im się fizycznie podobają. Taniec ojca z córką bądź syna z matką oczywiście zaś nie musi oznaczać manifestacji kazirodczych skłonności, ale to z tego powodu, iż bliskie więzi rodzinne wytwarzają bardzo silną barierę psychologiczną, która skutecznie redukuje do minimum niebezpieczeństwo pewnych gestów i form bliskości, które w innych okolicznościach łatwo prowokowałyby i wiodły do grzechu. Ostatecznie, nawet dojrzałe płciowo rodzeństwo odmiennej płci może ze sobą mieszkać całymi latami i nie skończy się to seksem, ale już niespokrewniona ze sobą mieszana para czyniąc tak, najpewniej w końcu dopuści się nieczystości. I bardzo podobnie jest z pozamałżeńskimi tańcami d-m. Gdy czynione są w bliskim gronie rodzinnym ich niebezpieczeństwo z wymienionych wyżej względów znacznie się obniża, ale już poza tą grupą niepomiernie wzrasta. Jednak nawet z uwzględnieniem tego rozróżnienia nie sądzę, by np. nie-zboczony ojciec mógł zatańczyć ze swą córką tango, rumbę, salsę czy też pozostałe z latynoskich tańców.

Pytanie 28: Nawet jeśli tańce damsko-męskie mają w sobie podteksty erotyczne i elementy flirtu, to czy to jest aby na pewno powód by je ganić? Przecież chłopcy i dziewczęta muszą się jakoś poznać, spodobać się sobie i zauroczyć nawzajem, by wynikło później z tego małżeństwo.

Już samo przyznanie, iż tańce d-m mają w sobie elementy flirtu powinno zasadniczo wykluczać moralną możliwość praktykowania ich poza granicami przez tych, którzy pozostają w związku z małżeńskim z osobami innymi niż własny mąż czy żona. Czy godzi się bowiem, aby np. mężczyzna mający żonę flirtował z kobietą, która nie jest jego żoną, nawet jeśli nie byłoby przy tym jednoznacznej intencji jej seksualnego uwiedzenia???

Oczywiście, nieco inaczej sprawa zalotów i flirtów wygląda w przypadku osób wolnych, ale szukających swej „drugiej połówki” by móc wstąpić w święty związek małżeński. W tym wypadku, jest dozwolone, a nawet pożądane, aby np. dziewczyna ładniej ubierała się dla swego zalotnika, spędzała z nim więcej czasu, itp. Zaloty zalotom nie są jednak równe. Czym innym jest bowiem ładnie, a zarazem skromnie ubrać się dla swego chłopaka, a czym innym odziewania się w obcisłą mini-sukienkę z głębokim dekoltem po to by „złowić męża”. Podobnie nie można stawiać znaku równości pomiędzy wdzięczniejszym uśmiechnięciem się do swego chłopaka a dopuszczaniem się z nim różnych dwuznacznych objęć, uścisków i dotknięć, w których co najmniej igra się z ogniem pożądliwości. Szukanie swej „drugiej połówki” po prostu nie uprawomocnia angażowania się w coś co jest bliską okazją do grzechu.

Jest faktem, iż wiele małżeństw poznało się na zabawach tanecznych? Ale niby o czym ma to świadczyć? Wiele małżeństw poprzedzonych było też praktykowaniem nierządu i konkubinatem – czy to miałoby niby usprawiedliwiać te nieprawości? W każdym razie, angażowanie się w pozamałżeńskie tańce nie jest żadnym koniecznym warunkiem poznania swego przyszłego małżonka. Przez wiele wieków, aż do dnia dzisiejszego, miliardy ludzi pobierało się ze sobą, nie poznając się wcześniej na żadnych potańcówkach, a następnie „żyło długo i szczęśliwie”, płodząc dzieci i dobrze je wychowując. Osobiście, najbardziej szczęśliwe i przykładne jakie znam, to właśnie takie, które nie były poprzedzone tańcami d-m.

Pytanie 29: Co w takim razie należy powiedzieć o weselach, na których tradycyjnie są wszak obecne tańce damsko-męskie?

Wesela z udziałem tańców damsko-męskich bardzo mocno wrosły w naszą narodową tradycję, obyczajowość i kulturę, ale przecież sam ów fakt nie czyni ich czymś bezdyskusyjnie dobrym, pożytecznym i właściwym. W historii ludzkości było wszak wiele tradycji i zwyczajów, które były złe, błędne albo moralnie niebezpieczne i to nawet w krajach katolickich i chrześcijańskich, by tytułem przykładu wymienić tu pojedynki honorowe, handel niewolnikami, walki byków w Hiszpanii. Po prostu trzeba mieć odwagę, by mówić o niewłaściwości pewnych choćby i wielowiekowych zwyczajów ceniąc sobie bardziej Boże przykazania i nauki niż ludzkie tradycje oraz kulturowe nawyki.

Odnośnie wesel można by je zaakceptować, gdyby tańce d-m na nich obecne odbywały się pomiędzy małżonkami albo w bliskim gronie rodzinnym (np. między ojcem a córką), a pozy i gesty przy nich wykonywane nie były jawnie zmysłowe czy obsceniczne, tak by nie prowokowały samym swym wyglądem do nieczystych myśli oraz spojrzeń (oczywiście, mąż i żona mają prawo ze sobą tańczyć, ale im bardziej jest poufała i intymna rzecz, którą czynią powinni oni w trosce o innych nie wystawiać jej na widok publiczny, np. o ile jest stosowne by małżonkowie delikatnie całowali się w obecności innych ludzi, o tyle ze względu na innych bardziej erotyczne działania winni zachować do czterech ścian swej sypialni). Jednak, jeśli na weselach akceptuje się sytuację, w której obce sobie osoby płci przeciwnej tańczą ze sobą, to taki zwyczaj jest błędny i niebezpieczny i nie należy go popierać.

Pytanie 30: Czy niechęć do pozamałżeńskich tańców damsko-męskich oznacza wrogość wobec wszelkich przyjemności i jak wogóle można podsumować powyższe rozważania na ów temat?

Tradycyjnych katolickich przestróg przed pozamałżeńskimi tańcami d-m nie należy mylić z postawą odrzucającą wszelkie przyjemności i rozrywki. Jest bowiem rzeczą oczywistą, iż chrześcijanie mają prawo takowych zażywać, o ile te utrzymane są w pewnych granicach i nie stanowią grzechu albo bliskiej doń okazji. Istnieje wiele rozrywek i przyjemności, które są dobre, stosowne i niegroźne, np. jedzenie z umiarem smacznych posiłków, wyjście w kulturalnym gronie do kawiarni albo restauracji, gra w kręgle, słuchanie muzyki (o ile towarzyszące jej słowa nie nakłaniają do grzechu), obejrzenie jakiegoś filmu z godziwym przesłaniem, etc. Istnieją jednak również takie przyjemności oraz rozrywki, które są moralnie złe albo przynajmniej niebezpieczne i takowymi są np. wizyta w klubie ze striptizem, oglądanie pornografii, pijackie nasiadówki, oglądanie przepojonych zmysłowością i erotyką teledysków czy właśnie uczestnictwo w pozamałżeńskich tańcach d-m.

Nie ulega wątpliwości, iż tradycyjną postawą i nauczaniem Świętych oraz innych autorytetów Kościoła było ganienie, krytykowanie oraz zwalczanie tańców, który były popularne i rozpowszechnione w ich czasach, a które od X wieku polegały na dobieraniu się osób płci przeciwnej w pary (wcześniej zaś choć takiego dobierania się w pary nie było, to w tańcach pokazywane były sugestywnie erotyczne pozy). Jest też rzeczą jasną, iż przynajmniej tańce towarzyskie, które były popularne pomiędzy X a początkami XIX wieku najczęściej wyglądały znacznie bardziej niewinnie i skromnie niż główny nurt współczesnych tańców d-m. W tych bowiem, dawniejszych, można by powiedzieć „tradycyjnych” tańcach kontakt cielesny ograniczał się zwykle do ujęcia dłoni, pozy przy nich przyjmowane polegały na pociesznych podskokach i ukłonach, a strojami niewiast były długie suknie aż do ziemi. Mimo to jednak, nawet takie „tradycyjne” tańce były ganione przez Świętych i autorytety kościelne, więc zdrowy rozsądek podpowiada nam, iż tym bardziej godny krytyki jest główny nurt dzisiejszych tańców d-m, gdzie niczym niezwykłym jest obejmowanie się przez tańczących w ramionach (a nieraz nawet na poziomie bioder), niewiasty ubrane są w krótkie suknie znacznie powyżej kolan oraz głębokie dekolty, a pozy przy nich przyjmowane są często wręcz jawnie seksualne i obsceniczne. Jeśli niegdyś biskupi moraliści katoliccy piętnowali jako sam w sobie zły i śmiertelnie grzeszny nawet walc, to co należy powiedzieć o tańcach latynoamerykańskich, które po prostu kipią od zmysłowości i obsceniczności? I choć, być może nawet dziś nie można powiedzieć, że dokładnie wszystkie tańce d-m są bliską okazją do grzechu to z pewnością można odnośnie prawie wszystkich z nich powtórzyć to co wobec ich „łagodniejszych” odpowiedników z przeszłości nauczali Święci. A więc, że są one prawie zawsze bardzo niebezpieczne (często wprost grzeszne i występne) i dlatego należy ich stanowczo odradzać. Owszem, nie można powiedzieć, by taniec d-m czyniony poza małżeństwem albo bliskim gronem rodzinnym był zawsze moralnie niedozwolony, ale ogólnie rzecz biorąc trzeba do niego zdecydowanie zniechęcać i w miarę swych możności działać na rzecz ograniczania tej błędnej i groźnej tradycji kulturowej.


Mirosław Salwowski

Podobne...

Dodaj komentarz

Top
error: