Łukasz Kobeszko: Ks. Charamsa, Synod i utrata zaufania

O rozpoczętym w minioną niedzielę (4.10) Synodzie biskupów katolickich dotyczącym powołania i misji rodziny w Kościele i świecie współczesnym oraz sprawie ks. Krzysztofa Charamsy napisano w ostatnich dniach tak wiele (przykład: nawet Krzysztof Wołodźko, analizujący zachowanie duchownego z watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary za pomocą narzędzi dialektyki nierówności społecznych i różnic klasowych), że zwyczajnie trudno znaleźć w tych kwestiach nowe i oryginalne punkty zaczepienia. Jest jednak coś, co wydaje się wspólne obydwu wydarzeniom i daje asumpt do kilku, nie dających spokoju myśli. Bynajmniej, nie chodzi tu o rzymską konferencję prasową ks. Charamsy, która odbyła się symbolicznie w przeddzień inauguracji Synodu.


rose


Od niemal roku zaobserwować można spore zamieszanie, gorącą dyskusję i równie gorące obawy w środowiskach wiernych Kościoła katolickiego związane z możliwymi zmianami w jego praktyce duszpasterskiej (a być może również samym nauczaniu) względem par żyjących w związkach niesakramentalnych i osób homoseksualnych. Wbrew opiniom wielu związanych z Kościołem publicystów i dziennikarzy, dyskusje te i obawy, dość masowo ujawniające się wśród wiernych, nie są tylko i wyłącznie wynikiem kampanii nacisków na Kościół, prowadzonej przez liberalne i wrogie mu media, zainteresowane zmianą katolickiego nauczania w kwestiach etyki seksualnej. Nie negując oczywiście występowania tego rodzaju tendencji trzeba zauważyć, że ów lęk i zamieszanie duchowe wiernych spowodowane jest przede wszystkim zachowaniem samych biskupów i przedstawicieli Kurii Rzymskiej.

Zachowania te przedstawić można w trzech zasadniczych ujęciach. Po pierwsze, są to niejasne zapisy „Relatio” opublikowanego przez biskupów w środku ubiegłorocznej, nadzwyczajnej sesji Synodu, opierające się na dość ezopowej i wieloznacznej narracji o „towarzyszeniu” przez Kościół rodzinie podlegającej dzisiaj niełatwym tendencjom społecznym. Po drugie, trwające przez niemal już dwa lata wystąpienia hierarchów dążących do zmiany dotychczasowej praktyki duszpasterskiej Kościoła katolickiego wobec żyjących w związkach niesakramentalnych i homoseksualistów. W końcu i po trzecie – gestami, wypowiedziami i last but not least dokumentami samego papieża: wrześniowym Listem apostolskim w formie motu proprio „Mitis et misericors Iesus” upraszczającym procedury prawno-kanoniczne przy procesach stwierdzających nieważność zawartych małżeństw, licznymi medialnymi wypowiedziami i posunięciami o dwuznacznym charakterze (przyjęcie w Watykanie hiszpańskiego transseksualisty i jego narzeczonej, umycie nóg osobie transseksualnej podczas liturgii Wielkiego Czwartku, prywatne spotkaniem z parą homoseksualną podczas wizyty apostolskiej w USA czy też słynna już wypowiedź o „ocenianiu gejów”). Niezależnie od tego, jaki stosunek przejawiamy do wszystkich wymienionych wyżej wydarzeń, to zgodzić się chyba należy, że mamy do czynienia z komunikatami, zachowaniami i dokumentami oddziałującymi na sferę publiczną, środki masowego przekazu i w końcu – świadomość i sumienia ogółu wiernych.

W związku z tymi faktami widzimy rosnącą przepaść pomiędzy grupami wiernych w Kościele (świeckimi i duchownymi), a częścią biskupów, kardynałów i nawet samym papieżem. Rodzi to dość niebezpieczną psychologicznie, ale również duchowo sytuację permanentnego rozdźwięku, a nawet coraz większego zaniku zaufania, przebiegających nie tylko (co może byłoby w jakiś sposób socjologicznie wytłumaczalne) pomiędzy kościelną „górą” a „dołami”, ale wzdłuż i wszerz wszystkich eklezjalnych warstw. Dochodzi nawet do sytuacji ogłaszania specjalnych postów i modlitw w sprawie obrad Synodu, które same w sobie są praktykami normalnymi, szlachetnymi i wskazanymi, ale AD 2014/15 niosą ze sobą rys swoistego strachu wiernych przed tym, co mogą w sposób woluntarystyczny uchwalić biskupi i kardynałowie w Rzymie.

Stan taki jest w jakiś sposób i na dłuższą metę nie do zniesienia, przypomina bowiem małżonków, którzy zamiast uświęconej sakramentem Eucharystii i małżeństwa więzi opartej na miłości i wzajemnym zaufaniu, żyją trawieni płomieniami nieustannego lęku przed zdradą, brakiem lojalności i perspektywą opuszczenia przez współmałżonka. A przecież Kościół, jako Mistyczne Ciało Chrystusa to jeden z najwyższych rodzajów więzi i wspólnoty uświęconej sakramentami, więzi biskupów, następców Apostołów i tak jak oni posłanych do świadczenia o Zmartwychwstaniu. Świadczenia nie tyle komunikatami wygłaszanymi podczas wywiadów telewizyjnych, ekskluzywnych konferencji prasowych w drogich kawiarniach, sesji naukowych i rautów w rodzaju najróżniejszych „dziedzińców dialogu” z władcami tego świata, ale świadczenia poprzez sprawowanie świętych misteriów sakramentalnych, przyjmowanie pokajania od grzeszników i ich wewnętrznego uzdrawiania. Wspólnota oparta nie na więzach braterskiej miłości, modlitwie, ascezie, mistyce oraz służbie i wzajemnym uświęcaniu poprzez liturgię i sakramenty, lecz na funkcyjnej i interesownej zależności, pogrążona w dwuznacznym nauczaniu i wysyłająca na zewnątrz komunikaty przyczyniających się paraliżującego lęku i podejrzliwości, że jedni – w tym przypadku hierarchowie, wykiwają i przechytrzą w jakiś sposób resztę, podobnie jak biblijny dom budowany na piasku i dom wewnętrznie podzielony, długo się nie ostoi.

Paradoksalnie, tego rodzaju brak zaufania, zarówno do Boga jak i widzialnych struktur Mistycznego Ciała Chrystusa widać w postawie i strategii działania ks. Krzysztofa Charamsy. Tutaj również mamy do czynienia z sekwencją zdarzeń obejmującą najpierw wieloznaczne komunikaty i wypowiedzi, w których wnioski słuszne, a nawet duchowe wzniosłe (poruszony w rozmowie z „Tygodnikiem Powszechnym” problem obecności języka nienawiści w życiu Kościoła lub też, przypomniany wczoraj przez Małgorzatę Bilską na jej profilu facebookowym fragment refleksji o męczeństwie: „Los męczenników to najlepsze potwierdzenie i streszczenie Ewangelii mówiącej o przeciwstawianiu się przemocy nieprzemocą; najdoskonalszy paradygmat przemiany, nawrócenia, a jednocześnie świadectwo miłości […]”) sąsiadują jednak z niezbyt czysto brzmiącymi tonami próbującymi oswajać i poszukiwać akceptacji dla moralnego zła. Przypomina to opisana przez Fiodora Dostojewskiego w „Biesach” figura snu Stawrogina. Matka bohatera powieści, Warwawa, spogląda na lśniącą pięknem i spokojem twarz śpiącego syna. Ta piękna, spokojna twarz jest jednak tylko pustą, zewnętrzną maskę, gdyż w tym samym momencie (o ile założymy, że sen również dzieje się „tu i teraz”) demony walczą we śnie o duszę Stawrogina, przejmując w końcu nad nim władzę i pchając go ku zatraceniu.

W postawie duchownego diecezji pelplińskiej widać właśnie skutek rozerwania więzów miłości z Mistycznym Ciałem Chrystusa, gdzie zamiast ufnej miłości i poczucia bycia częścią wspólnoty, nawet ze wszystkimi swoimi grzechami i słabościami, występuje strach i nieufność „funkcjonariusza”, który w jakiś sposób dąży do „ugrania swojego” i „wykiwania całej reszty”, do załatwienia swoich własnych, małych, niekoniecznie jasnych interesów.

Z tego dość zamglonego krajobrazu, łączącego Synod i ks. Charamsę wyłania się chaos i brak punktu oparcia. Kościół zamieniony w element „tego świata”, nie żyjący liturgią, sakramentami i uświęconą miłością, zamienia się w liczącą zyski i straty korporację, nie myślącą o jakości i skutkach swoich działań, lecz tylko o imperatywie utrzymania się na wrogiej powierzchni, wśród agresywnej konkurencji i wobec wewnętrznego braku lojalności własnych „funkcjonariuszy”. Korporację, stopniowo dostającą się w tryby maszyny cynizmu i nihilizmu. Jedyną drogą do jego przezwyciężenia wydaje się to, o czym pisał o. Seraphim Rose, wybitna postać XX-wiecznej, amerykańskiej i prawosławnej duchowości. Konwertyta wychowany w postprotestanckim środowisku i dorastający w atmosferze buntującej się przeciwko wszystkim wartościom, także tym dotyczącym tradycyjnej obyczajowości seksualnej, kulturze beatników, w kilka lat po przyjęciu prawosławia, w apogeum kontrkulturowej rewolty w 1968 roku, wraz z grupą przyjaciół założył w Kalifornii monaster, gdzie rozpoczął życie mnicha, oparte na modlitwie i ascezie. W wydanym pośmiertnie zbiorze „Nihilism: The Root of the Revolution of the Modern Age” zapisał on znamienne słowa, które będą dobrą konkluzją tych rozważań: „Wszystko w życiu przemija – tylko Bóg pozostaje, tylko On jest wart temu, aby nadawać kierunek wszystkim naszym wysiłkom. Mamy do wyboru: iść drogą tego świata, społeczeństwa, które nas otacza, a tym samym znaleźć się poza Bogiem; lub wybrać drogę życia, by wybrać Boga, który nas wzywa i dla kogo jest poszukiwanie nasze serce. ” (tł. własne za: ‚Nihilism: The Root of the Revolution of the Modern Age”, St Herman Press, 2001).

Słowa te dotyczą zresztą nie tylko ojców synodalnych i ks. Charamsy, ale par excellence nas wszystkich.


Źródło: Facebook

Podobne...

Dodaj komentarz

Top
error: