Jan Cyraniak: W trosce o zdrowie psychiczne zwolenników aborcji

… czyli obrońcom znieczulicy społecznej do sztambucha.

Poznańska komórka Fundacji Pro – Prawo do Życia działa już od 9 miesięcy, nie dziwi więc, że jej działania spowodowały gwałtowną reakcję zwolenników legalnej aborcji, włącznie z zakłócaniem pikiet, małą burzą medialną i donosami na policję.

Nie jest to odosobniony przypadek. Od momentu swego powstania Fundacja była wielokrotnie atakowana i pozywana do sądu za eksponowanie wielkoformatowych zdjęć dzieci zabitych w wyniku „przerwania ciąży”. Ze strony środowisk popierających to, co ukazujemy na naszych plakatach, regularnie padają wobec nas oskarżenia o gorszące epatowanie krwią oraz przemocą. Dlaczego tak się dzieje?

Dlaczego ludzie, którzy na co dzień nie widzą nic złego w epatowaniu społeczeństwa pornograficzno-bluźnierczymi „dziełami sztuki” i karykaturami, tym razem stają w obronie publicznej moralności i wznoszą postulaty cenzurowania „treści nieprzyzwoitych”? Dlaczego osoby popierające wprowadzenie do szkół lekcji o zaletach masturbacji i homoseksualnych stosunków analnych, nagle chcą bronić dziecięcej niewinności przed „zgorszeniem”? Co powoduje, że lewicowcy, ponoć najwięksi wrogowie społecznej znieczulicy, nagle postulują zamiecenie spraw trudnych pod dywan? Wnikliwa analiza problemu ujawnia dwa powody.

Pierwszy powód jest tak prozaiczny, że aż nudny. Gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Nie da się mówić o aborcji per „zdobycz cywilizacyjna” na tle naszych krwawych plakatów, co wybitnie psuje szyki polskim postępowcom sowicie opłacanym przez zagraniczny przemysł aborcyjny. Sytuacja wygląda następująco: wielki biznes chce zarobić grube miliony na rzezi polskich dzieci, w tym celu wspiera finansowo swoich lobbystów (min. Federację na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny Wandy Nowickiej), a tymczasem my wychodzimy na ulice polskich miast i robimy skuteczną antyreklamę. Nic więc dziwnego, że jesteśmy tak zaciekle zwalczani przez pseudolewicowych sługusów zagranicznego kapitału – zagrażamy interesom ich potężnych mocodawców, a więc także ich źródłu utrzymania. Oczywiście nie wszystkim krytykom naszych działań chodzi o pieniądze. Niektórzy łudzą się, iż na zwalczaniu nas można zdobyć popularność, co ma szczególne znaczenie jeśli jest się lokalnym działaczem tonącej partii politycznej z pogranicza kabaretu.

Drugi powód oporu wobec niewygodnej prawdy o aborcji jest ciekawszy, albowiem czai się w ludzkiej umysłowości, a poznajemy go dzięki opinii psychologicznej pt. „Psychologiczne skutki percepcji Wystawy pt. ‚Wybierz Życie’, ze szczególnym uwzględnieniem jej percepcji przez dzieci” autorstwa psycholog Beaty Rusieckiej (opinia jest dostępna na stronie www.stopaborcji.pl). Czytamy w niej, iż zdjęcia zabitych ludzi wywołują u normalnego człowieka naturalną, repulsywną reakcję w postaci odczuwania niechęci, wstrętu i obrzydzenia. Reakcja ta emocjonalnie oddziela osobę od tego, co budzi w niej owe negatywne emocje, w tym przypadku – emocjonalnie oddziela ludzi patrzących na nasze plakaty od zabijania dzieci nienarodzonych, a w efekcie budzi w nich sprzeciw wobec aborcji. Problem pojawia się, gdy zdjęcia ujrzy osoba, która z jakiegoś powodu popiera aborcję, czy to ze względów ideowych (jako swój postulat polityczny), czy też osobistych (z powodu podjęcia w przeszłości decyzji o usunięciu własnej ciąży). Takie osoby wykształciły w swym umyśle mechanizm obronny zaprzeczania, w skrócie wyglądający następująco: „aborcja nie może budzić wstrętu, gdyż jest nieszkodliwa, a usuwany płód nie jest człowiekiem”. Widok ciał dzieci zabitych podczas tego „nieszkodliwego zabiegu” uderza w ów mechanizm obronny i osłabia go, co budzi u takich osób silne uczucia gniewu i lęku. Uczucia te zewnętrznie objawiają się w postaci agresji wobec tych, którzy je wywołali – czyli wobec nas, aktywistów Fundacji Pro – Prawo do Życia.

Dlatego właśnie podczas naszych pikiet co któryś przechodzień dostaje ataku niewytłumaczalnego szału. I dlatego podobnie niespokojni są wszelcy proaborcyjni lobbyści, politycy i dziennikarze. Zdjęcia abortowanych dzieci działają na tych ludzi na poziomie często dla nich niedostrzegalnym i wywołują za każdym razem dokładnie tę samą reakcję, niczym u pajacyka, któremu pociągamy odpowiedni sznurek.

I właśnie dlatego wiedzeni strachem ludzie wypierający we własnym umyśle prawdę o aborcji próbują usunąć nas z ulic. Dziewięć wygranych procesów spędza im sen z powiek, ale strach przed prawdą jest większy – dlatego nadal będą nękać nas bezpodstawnymi pozwami sądowymi i donosami na policję, nadal będą szykanować w naszej sprawie urzędników miejskich i pisać, że jesteśmy lubującymi się w szokowaniu zwyrodnialcami i nienawidzącymi kobiet fanatykami, którzy łamią umowy i normy społeczne, napędzają klientów zagranicznym klinikom aborcyjnym i traumatyzują dzieci, które po ujrzeniu naszych plakatów płaczą, nie mogą spać po nocach i niechybnie wyrosną na seryjnych morderców. Nadal będą się starali zmieniać nasz sposób działania na taki, który im nie przeszkadza i nie szkodzi. Będą argumentować, iż aborcję należy zwalczać „badaniami problemu” i „rozwiązaniami systemowymi”, iż zamiast stać na ulicy z brutalnymi zdjęciami powinniśmy udzielać realnej pomocy materialnej biednym rodzinom i samotnym matkom, czyli robić dokładnie to, co czynią prawie wszystkie pozostałe polskie ruchy pro-life, bo to nikomu nie przeszkadza.

Nie ma w tej histerii nic zabawnego, ona jest groźna – dla jej autorów. Psycholog Beata Rusiecka pisze w swej opinii, iż powtarzające się emocje gniewu i lęku pojawiające się na skutek zachwiania mechanizmów obronnych takich jak zaprzeczenie, wyparcie i racjonalizacja, potrafią doprowadzić do poważniejszych zaburzeń. Uwagę tę zamieszczam jako wyraz mej troski o zdrowie psychiczne zwolenników legalnej aborcji, gdyż żadnemu człowiekowi nie życzę źle. Według wzmiankowanej psycholog leczenie takich zaburzeń jest możliwe pod warunkiem przezwyciężenia swych własnych mechanizmów obronnych. Czy jednak naszych oponentów stać na stanięcie w prawdzie? Oto jest pytanie.

Co ciekawe, drastyczny widok ofiar aborcji najlepiej znoszą… dzieci. Dla kilkuletniego brzdąca krwawy plakat antyaborcyjny to tylko zagubiona wśród setek krzykliwych reklam dzidzia ochlapana keczupem, nic więcej. Dzieci zwyczajnie nie wiedzą dlaczego miałyby być tym widokiem zaszokowane, gdyż nie są jeszcze uformowane przez kulturę, w której żyjemy, po części nadal są nieucywilizowanymi dzikusami. Mówię to z własnego doświadczenia, gdyż często zabieram swoje pociechy na organizowane przez naszą komórkę pikiety. Wszystkie dzieci, które miały okazję ujrzeć nasze plakaty, zachowywały się zupełnie zwyczajnie – wliczając w to moją czwórkę (wiek od 2 do 10 lat), dzieci moich znajomych, dzieci paru proaborcyjnych awanturników, a także pociechy wielu przypadkowych przechodniów. Schemat jest zawsze ten sam, widać go na niektórych zdjęciach z naszych demonstracji: wstrząśnięci dorośli wpatrujący się w krwawe obrazy szeroko otwartymi oczyma, a obok spokojne, znudzone lub śmiejące się dzieciaki, które po ujrzeniu drastycznego przekazu nie tylko nie płaczą, ale szukają wzrokiem czegoś ciekawszego, gonią za gołębiami, czy chlapią się w kałuży. Sam się dziwiłem temu zjawisku, póki nie przeczytałem wzmiankowanej wcześniej opinii psychologicznej. Jej autorka szczegółowo opisuje jak nasze plakaty postrzegane są przez dzieci z różnych grup wiekowych i tłumaczy dlaczego u żadnej z nich nie powodują one urazów psychicznych.

Jeśli zaś chodzi o wszystkich, których aborcja nie interesuje i „nie życzą sobie oglądania takich scen”, to mogę jedynie ubolewać. Ubolewać nad tym, że niektórzy moi rodacy wpadli w sidła społecznej znieczulicy, zobojętnienia i wygodnictwa. Jako naród dołączamy do przyjemnego i czystego Pierwszego Świata, do opartej na kulcie jakości życia zachodniej cywilizacji technicznej. Nasze oczy raczyć chcemy retuszowanym komputerowo przekazem medialnym i blichtrem centrów handlowych, nie zaś drastycznym widokiem głodujących i ginących mieszkańców Trzeciego Świata, a już szczególnie nie chcemy oglądać śmierci naszych nienarodzonych rodaków, mordowanych u nas, w naszych szpitalach, za nasze pieniądze. Wolimy martwić się jedynie o zarabianie pieniędzy i czerpanie pełnymi garściami z życia. Śmierć dzieci nienarodzonych? Co nas to obchodzi? Mamy swoje zakupy do zrobienia, a pod wieczór ważny serial. A nasz „tumiwisizm” chroni „ogólnie przyjęta umowa społeczna” o treści „nie będziesz mącił świętego spokoju bliźniego swego, gdyż z uśpionym sumieniem jest mu dobrze”.

I dlatego właśnie potrzebny jest szokujący, drastyczny przekaz. Należy cały czas budzić społeczeństwo z wygodnej, konsumpcyjnej drzemki, w jaką zapadło z powodu zachłyśnięcia się zachodnim stylem życia. Należy głośno wołać o trwającej rzezi, „nastawać w porę i nie w porę” i nie poddawać się. Swego czasu świat nie chciał słuchać o holokauście, dzisiaj nie chce słuchać o aborcji. Swego czasu amerykańscy żołnierze zmuszali niemieckich cywilów do oglądania stosów trupów w świeżo wyzwolonych obozach koncentracyjnych; dzisiaj my zmuszamy Polaków do patrzenia na krwawe efekty polskiego ludobójstwa. To nasza misja – budzenie sumień. I naprawdę nie robią na nas wrażenia opinie, iż psujemy miejską estetykę. Jak można się przejmować estetyką, gdy giną ludzie? Zresztą i tak na plakaty dobraliśmy dość delikatne zdjęcia. Są w Internecie takie ujęcia aborcji, po ujrzeniu których odczuwa się już nie wstręt, ale chęć zwymiotowania.

W Polsce istnieje ponad 130 organizacji pro-life, z których każda ma swój odcinek frontu i swoje zadania – większość z nich zajmuje się pomocą materialną dla rodzin, samotnych matek i kobiet w ciąży, inne mają charakter modlitewny, jeszcze inne trudnią się edukacją i lobbowaniem za życiem w świecie polityki. Nasza organizacja zajmuje się pokazywaniem przerażającej prawdy o aborcji statystycznemu Kowalskiemu – i często spotyka się z jego strony ze zrozumieniem. Liczne wyrazy poparcia, które otrzymujemy od przechodniów podczas pikiet, 38 tysięcy polubień strony naszej Fundacji na facebooku, a także wyniki niedawnej sondy internetowej na portalu epoznan.pl (gdzie uzyskaliśmy 73% poparcia przy ponad tysiącu głosujących) każą nam sądzić, że nasze działania są nie tylko skuteczne, ale także popierane przez dużą część społeczeństwa.

Nadal będę też włączał w działania Fundacji swoje córki i swoich synów, gdyż uważam, iż dzieci powinno się od najmłodszych lat angażować w pomoc potrzebującym, a nie uczyć znieczulicy społecznej i egoistycznej postawy życia dla samego siebie.

Podsumowując: nasze plakaty nie powodują traumy u dzieci; powodują traumę u zwolenników zabijania dzieci. Plakaty pokazują prawdę i skutecznie wpływają na opinię publiczną, czego nie mogą znieść zwolennicy legalizacji aborcyjnego dzieciobójstwa. Ich agresja świadczy o tym, że opisane powyżej mechanizmy psychiczne zachodzą naprawdę, co utwierdza nas w przekonaniu o konieczności kontynuowania działań, a nawet ich intensyfikacji. Działamy już w kilkudziesięciu miastach Polski i ciągle się rozwijamy – wszelkie osoby chętne do współpracy zapraszamy do wypełnienia formularza rekrutacyjnego na stronie www.stopaborcji.pl.

Jesteśmy głosem tych, którzy są mordowani i nie mają głosu. Głosem ofiar nowego, aborcyjnego holokaustu zbierającego na całym świecie potworne żniwo pięćdziesięciu milionów ofiar rocznie.

Jan Cyraniak

Fundacja Pro – Prawo do Życia
koordynator komórki poznańskiej

Podobne...

Dodaj komentarz

Top
error: